poniedziałek, 22 stycznia 2018

Od Nilian


Czarny chevrolet impala 67' wjechał na teren miasta z zawrotną prędkością. O dziwo przy tablicy z nazwą miejscowości nie stała policja i nikt nawet nie miał okazji zatrzymać samochodu za przekroczenie dozwolonej prędkości. A szkoda. Jednak czarne auto powoli wytracało pęd wraz ze zbliżaniem się do pierwszych domostw. Kobieta siedząca za kierownicą wyglądała na mało zainteresowaną mijającymi widokami, a były w gruncie rzeczy dość urzekające. Była wielce znużona podróżą, która u niej trwała już dość długi czas. Nie dotarłaby jednak do Salem, gdyby nie rozwydrzona dziewucha za kasą na stacji benzynowej. Doskonale widać było czego się boi. Odkąd jej ojciec trafił za kratki jedyne czego się obawiała to tego, że niedługo wyjdzie i znajdzie ją, by zemścić się za wpakowanie go do pierdla. Nilian miała dużą ochotę zabawić się jednak zdecydowanie czas ją naglił, poza tym był biały dzień. Bogin o tej porze jest znacznie słabszy i łatwo o pozostawienie niepotrzebnych śladów, które mogą naprowadzić łowców na te demony.
Zacisnęła palce na kierownicy żałując, że nie mogła pobrać tak łatwego w zdobyciu pokarmu, lecz musiała obejść się smakiem. Czuła, że tutaj będzie się czuć jak pączek w maśle. Aura Salem wydawała się mocno przesiąknięta strachem. Uśmiechnęła się po raz pierwszy, jedną ręką wyciągnęła z otwartej paczki na fotelu pasażera papierosa. Włożyła go do ust, odpaliła zapalniczką i zaciągnęła się. Korbką opuściła nieco szybę pozwalając mroźnemu powietrzu dostać się do zagrzanego środka. Zadrżała, gdy zimna fala liznęła jej odsłonięte ramiona. Wypuszczała powoli dym z ust mijając kolejne kamienicy, kawiarnie, księgarnie i salony fotografii. Wszystko wydawało się takie same, jak w innych miastach. Musiała gdzieś zaparkować, by spokojnie w nawigacji wyszukać najbliższy motel, by móc wynająć pokój na kilkanaście dni. Decyzja padła na duży parking niedaleko jakiejś szkoły, a raczej tak przypuszczała. Dużo się nie pomyliła, bo owa szkoła to uczelnia Salem. Grupki młodych ludzi obserwowały jej auto, gdy kobieta wyrzuciła papierosa za okno, sięgnęła po telefon odpinając go z chwytaka przymocowanego do szyby na przyssawkę i zaczęła wyszukiwać dostępnych noclegów. Nagle rozeszło się pukanie do jej szyby. Uniosła spojrzenie i dostrzegła pochylonego młodego mężczyznę, który czekał, aż ta otworzy mu drzwi lub opuści niżej szybę. Uczyniła to drugie, poprawiła okulary na nosie i uśmiechnęła się uroczo.
- W czym mogę pomóc skarbie? - zapytała obserwując jak młodzieniec na chwilę traci głowę i szuka tego, co miał powiedzieć przed chwilą.
- To raczej ja chciałem się zapytać w czym mógłbym Ci pomóc. - odparł ostatecznie chrząkając chcąc pozbyć się nieistniejącej chrypki lub po prostu miał taki nerwowy tik.
Kobieta siedziała przez chwilę w milczeniu, odłożyła telefon na fotel pasażera.
- W takim razie z chęcią z niej skorzystam. Wsiadaj. - nakazała i bez pozwolenia mu na odpowiedź zamknęła okno. Zabrała papierosy, zapalniczkę i telefon, schowała je do schowka nim chłopak zdążył wsiąść. W końcu drzwi otworzyły się, samochód zatrząsł się, gdy młodzieniec zasiadał na fotelu, drzwi zamknęły się. Na policzkach chłopaka pokrytych delikatnym zarostem pojawiły się czerwone rumieńce od mrozu. Zatarł ręce mogąc się ogrzać.
- Poszukuję motelu, gdzie mogłabym spędzić kilka nocy. Mógłbyś mi wskazać najbliższy? - zapytała odpalając na nowo silnik, który zamruczał przyjemnie. Kobieta spojrzała na chłopaka, nie widział wyrazu jej oczy i w sumie było to dobre. Obecnie wyglądały jakby kobieta była po niezłym ćpaniu.
- Musi Pani wyjechać na główną ulicę i kierować się w stronę portu, a potem skręcić w prawo i przy charakterystycznym muzeum czarownic znajdziesz taki ładny motel. - Powiedział, nagle uśmiechnął się szeroko jakby na coś liczył. Kobieta wywróciła oczami, zaczęła gazować.
- Dzięki, teraz zmykaj na zajęcia. - Powiedziała sięgając po ręczny, chłopak wydawał się zaskoczony. - No na co się gapisz, zjeżdżaj.
Chłopak zaczął wysiadać i do jej uszy doszło tylko słowo "dziwka". Wyjechała z parkingu, kierowała się wskazówkami młodziaka i o dziwo trafiła idealnie w punkt. Z daleka dostrzegła neon motelu. Zaparkowała na wolnym miejscu i nim wysiadła z samochodu upewniła się, że nikogo nie ma w pobliżu. Zamykając zamek po wyciągnięciu torby rozejrzała się raz jeszcze, daleko ujrzała jakąś parę, lecz nie powinni dostrzec niczego dziwnego. Przebiegła przez ulicę, weszła do środka. Przywitał ją chłód w holu oraz nieprzyjemne spojrzenie starej baby w recepcji. Szybko załatwiła sprawę wynajmu, najwidoczniej w tym okresie mało o turystów. Weszła po schodach na górę, pokój miała na pierwszym piętrze. Musiała pozostań w nim do wieczora, kiedy odzyska energię i zacznie męczyć ją głód. Do tego czasu zajęła miejsce na niesamowicie wygodnym łóżku i pogrążyła się we śnie. Obudziła w momencie, gdy słońce już dawno schowało swoje promienie i noc rozświetliły uliczne lampy. Wstała, tak jak przypuszczała, pełna energii i z wilczym apetytem. Nie przebierała się, a jedynie wygładziła czarny, przylegający sweterek z wyciętymi dziurami na ramionach i dopasowane jeansy. Nałożyła na nogi wysokie obcasy, przyjrzała się sobie w lustrze, gdy musztardowy płaszcz narzuciła na siebie. Wyszła zamykając drzwi. Idąc śnieżnym chodnikiem wpisała w wyszukiwarkę na telefonie o najbliższym barze. Od razu wyskoczyła jej informacja o miejscu oddalonym kilka minut od motelu. Szybko się tam znalazła. W środku panował już tłok, lecz ona szybko się w nim odnalazła. Nie potrzebowała też wiele czasu, by znaleźć potencjalną ofiarę. Mała, drobna dziewczyna przy barze wydawała się mocno zagubiona i przestraszona. Nil zaciągnęła się delikatnie ciesząc nozdrza tym wspaniałym zapachem i podeszła do niej. Urobienie tej małej to było najprostsze co w życiu zrobiła. Ciągnąc ją za rękę na tyły baru dziewczyna śmiała się upita i przeszczęśliwa, że ktokolwiek się nią zainteresował. Nil przycisnęła kobietę do ściany i złączyła ich usta w gwałtownym pocałunku. Dłonie kobiety wpełzły pod płaszcz dziewczyny, następnie pod koszulkę. Ofiara nie wiedziała co się święci, w momencie gdy otworzyła oczy nie dostrzegła już czarnowłosej kobiety, zamiast jej głowy był wielki pysk pająka, który przebierał żuwaczkami. Krzyk zamarł na ustach dziewczyny, a kobieta wykorzystała okazję i przybliżyła żuwaczki do ust, poczęła wysysać z niej cały lęk wraz z duszą. Pewnie dziewczyna w jej ramionach szybko by utraciła życie, lecz nagle pajęcza głowa odsunęła się.
- Hej, co Ty robisz? - usłyszały nagle krzyk. Nil odwróciła głowę, zdążyła na nowo zmienić postać na czarnowłosą kobietę nim napastnik się zorientował, że coś jest nie tak (albo jej się tak wydawało.) Ktoś biegł w ich stronę. Nie chciała ryzykować, że zostanie zaatakowana. Gdy osoba, która ją zdemaskowała była blisko pchnęła nieprzytomną dziewczynę na niego i sama rozpłynęła się w mroku. Pojawiła się dopiero niedaleko swojego motelu.

Ktoś?

Od Dżumy CD Judy


Kobieta wydawała się zaskoczona widocznym nagłówkiem, który malował się na pierwszej stronie miejskiej gazety. Widać było jak szybko jej wzrok śledzi tekst, lecz nie pozwolono jej skończyć czytania. Dżuma odchrząknęła sprawiając, że Judy na nowo uniosła na nią spojrzenie.
- Nie możemy tutaj o tym rozmawiać, proponuję zatem, żebyś zakończyła artykuł w środku. - zagadnęła widocznie zniecierpliwiona. Najwidoczniej ta sprawa nie zamierzała czekać. Bruxa pokiwała głową na znak, że rozumie i skierowała się w stronę domu, Dżuma ruszyła za nią. Weszły do środka, gdzie przywitał ich szczek psa (szybko uciszonego przez właścicielkę). Rudowłosa zdjęła z siebie płaszcz wieszając go od razu na wieszaku. Pozwoliła sobie na wyprzedzenie Judy i zajęcie miejsca na wysokim stołku. Białowłosa weszła za nią i kładąc gazetę włączyła czajnik z wodą.
- Posłuchaj mnie bardzo uważnie.. - zaczęła Dżuma obserwując kobietę, która krzątała się po kuchni.- Jeśli masz z tym cokolwiek wspólnego.
- Dobra, ustalmy jedno. Nie maczałam w tym palców, - Bruxa wydawała się nieco poirytowana, lecz natychmiast jej przeszło. Najwidoczniej zrozumiała, że Dżuma miała co do takich podejrzeń pełne prawo. - Nie jestem głupia.
- Tego nie powiedziałam. - Odparła prostując się jakby tą uwagą uraziła ją samą. Odgarnęła rude włosy, które wpadły jej do oczu.
- Więc w jaki sposób ma mnie to jakkolwiek interesować? - Zapytała stawiając na blacie dwa kubki z torebka herbaty. Nagle jak na zawołanie zaczął gwizdać czajnik dając znać, że woda się zagotowała. Judy wyłączyła gaz, zalała gorącą wodą puste naczynia i odstawiła czajnik. W momencie, gdy herbata powoli się parzyła zajęła miejsce na stołku obok.
- Ponieważ takie nagłówki szybko ściągną łowców. - Przysunęła kubek do siebie, zamieszała łyżeczką pozwalając naparowi zmienić kolor na ciemniejszy. - Ten nieokrzesany wariat sprowadzi zagrożenie na Ciebie, na mnie i innych krwiopijców w tym mieście.
Judy pokiwała głową najwidoczniej rozumiejąc teraz powagę sytuacji. Również wzięła swój kubek, posłodziła napój. Na ten gest Dżuma uśmiechnęła się pod nosem.
- Na innych nadprzyrodzonych też. - mruknęła Judy po dłuższym zastanowienia na co rudowłosa machnęła tylko ręką.
- Mniejsza z nimi. - mruknęła ukazując egoistyczną stronę swojej natury. Choć po głębszym zastanowieniu mogła stwierdzić, że faktycznie mogłoby to mieć jakiś wpływ na jej egzystencję. Pominęła jednak ten aspekt mając na uwadze swoje dobro. - Koniec końców najlepiej by było zlokalizować Dracule i ukrócić jego wybryki. Przyszłam z tym do Ciebie, bo potrzebuję Twojej pomocy.
Judy siedziała milcząca przez chwilę najwidoczniej rozmyślając nad propozycją rudowłosej. Najwidoczniej jednak wizja utracenia życia przez bezmyślne działanie jakiegoś kretyna niespecjalnie jej się spodobała i pokiwała ostatecznie głową na znak zgody.
- Świetnie. Spotkajmy się wieczorem w kawiarni Philip's Cafe. Znajduje się w porcie, łatwo trafisz. Poza tym, właściciel może co nieco wiedzieć na temat artykułu.
Wstała i nie ruszając nawet swojego napoju poszła do przedpokoju. Narzuciła na siebie płaszcz i jeszcze tylko zerknęła na Judy, która na nią spojrzała, gdy ta zajrzała do kuchni.
- Liczę na Ciebie Judy. - odpowiedziała, po czym wyszła z mieszkania białowłosej. Musiała pojawić się w swojej kawiarni, dlatego nie mogła pozostać dłużej u kobiety, by objaśnić jej wszystkie szczegóły. Lepiej jednak będzie jeśli Philip zdradzi im co nieco. Kierowała swoje kroki przez ośnieżony chodnik obserwując uważnie mijających ją ludzi. Czuła wewnętrzną frustrację na myśl o tajemniczym wampirze, który nie miał zamiaru tuszować śladów ataków.

Judy?

Od Ezry C.D. Vanity


Kiedy wchodzę do pracowni, dziewczyna wciąż siedzi przy sztaludze, przykurczona, z oczami wlepionymi w płótno przed sobą. Zamykam za sobą drzwi jak najciszej mogę, bezszelestnie przesuwając się bliżej malującej. Po chwili ona wyprostowuje się, przecierając oczy. Ruszam w jej stronę, stając tuż za sztalugą. Pierwowzór wisi smętnie obok wersji namalowanej przez szatynkę, która wygląda na dosyć zmęczoną. Musiała męczyć się z tym większość nocy, jak nie całą.
Uśmiecham się pod nosem, opierając dłonie na biodrach. Nie spodziewałem się, że naprawdę uda jej się zrobić to w jeden dzień, a jednak poradziła sobie. I to naprawdę dobrze.
Obraz z daleka wygląda identycznie, ale gdy mrużę oczy mogę zauważyć dodane drobne detale i kolory, które są żywsze i cieplejsze od tych z oryginału. Góry mają ostrzejszy zarys, jakby były malowane pewniejszym pędzlem. Granica jeziora z niebem jest płynniejsza i bardziej miękka niż w oryginale, a na pagórkach pojawiły się pojedyncze kwiaty, rozrzucone po jasnozielonej trawie.
Chcę wziąć płótno w ręce ale zatrzymuje mnie dłoń dziewczyny. Zwraca na mnie zmęczony wzrok.
- Jeszcze nie wyschło.
Odsuwam się od sztalugi, podnosząc ręce w obronnym geście. Ona wstaje, rozciągając się lekko i zaczyna zbierać pędzle rozrzucone wokół jej miejsca pracy. Po chwili ciszy rzuca mi pytające spojrzenie, jakby już od jakiegoś czasu oczekiwała, żebym się odezwał.
- Jest nieźle. Naprawdę nieźle – cmokam po chwili, wkładając dłonie do kieszeni płaszcza. Łapię pierwowzór w dłoń, zaciskając palce na samotnej, drewnianej ramie. – Ile płacę?
Dziewczyna zastanawia się chwilę, marszcząc brwi; mam wrażenie, że widzę, jak trybiki w jej głowie terkoczą i kręcą się z zawiłą prędkością. Podchodzi do biurka i siada przy nim, zapisując coś szybko w notatniku.
- Nic.
Gdybym miał przy sobie jakiś napój, od razu bym go wypluł, jednak będąc o suchym gardle, pozostaje mi tylko głośne parsknięcie. Szatynka podnosi na mnie lekko zdziwiony wzrok.
- Jak to, nic? Co to jest, organizacja charytatywna?
Ona marszczy brwi próbując coś powiedzieć, ale wtedy zauważam tę rzecz, za kilkoma małymi obrazami w rogu. Na początku trudno zauważyć, kto widnieje na portrecie przez wysoki kołnierz i misternie ozdobiony krawat, ale po chwili łączę jedno z drugim.
Pokazuję palcem na obraz w rogu. Zepsuty pierwowzór, który trzymałem w dłoni ląduje z hukiem na ziemi, kiedy nurkuję w stronę wieży dzieł. Wyciągam portret, triumfalnie wyciągając go w powietrze. Szatynka obserwuje mnie ze zmarszczonymi brwiami, kiedy wskazuję na obraz. Trzeba się przyjrzeć, żeby w postaci w garniturze rozpoznać dziecko, ale na pewno ma zbyt miękkie i łagodne rysy twarzy, żeby być dorosłym.
- Ktoś zamówił u ciebie ten obraz?
Dziewczyna przytakuje po chwili zastanowienia, podnosząc się zza biurka.
- Jakiś czas temu, widocznie zapomnieli odebrać – odchrząkuje, wyciągając dłonie w stronę trzymanego przeze mnie portretu, ale ja odskakuję w porę, dzięki czemu wciąż go trzymam. - Ojciec tego dziecka domagał się, żeby chłopiec wyglądał, jak w okresie wiktoriańskim. A co?
Prawie wbijam pięść w sam środek obrazu, czuję, jak wściekłość z poprzedniego dnia wraca i buzuje we mnie, chcąc wyskoczyć na zewnątrz. Zagryzam wargę, odsuwając dłoń od płótna w ostatniej chwili. Są lepsze sposoby na zemstę.
- Ten mały cham rozwalił mi mój obraz wczoraj. To on i jego koledzy – warczę, rzucając portret na podłogę. Oczywiście nie łamie się ani nie przerywa, jak na złość. – Wrzucili mi cegłę do mieszkania. Na drugie piętro?
Dziewczyna, nieco zdziwiona, wzrusza ramionami i wskazuje dłonią na leżący na ziemi obraz, który do niej podlatuje. Przez chwilę jestem zdziwiony, jednak przypominam sobie, że mam do czynienia z czarownicą z krwi i kości. Szatynka rusza z powrotem do biurka, przekartkowując notatnik.
- Zgodnie z planem, mają to odebrać pojutrze. – podnosi brwi, kiedy uśmiecham się krzywo.
- Dobrze, coś wymyślę do tego czasu-
-”Wymyślę”? – przerywa mi, zaciskając kurczowo palce na krawędzi portretu, jakbym miał wyrwać go z jej dłoni.
- Muszę się jakoś odegrać na bachorze – wzruszam ramionami, przesuwając się w stronę sztalugi. Muskam płótno palcem, ale obraz wciąż jest lepki, odrobina błękitno-różowej farby zostaje mi na palcach. – Wracając do tego, czemu nie chcesz za to pieniędzy?
Szatynka wzdycha cicho, znów zapisując coś w notatniku.
- Na koszt firmy.
- Jakbyś miała jakąkolwiek firmę – parskam, siadając na stołku, na którym dziewczyna prawdopodobnie spędziła cały dzień i noc. – Jesteś dzieciakiem, dorabiasz na boku jako malarka, pewnie twoi rodzice nawet o tym nie wiedzą.
Ona wzrusza lekko ramionami, odwracając wzrok. Musiałem trafić w miękki punkt, bo nie odzywa się dalej. Odchrząkuję po chwili, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
- To, co właśnie przemalowałaś, to oryginał Hendersona z 1894 roku. Kosztował mnie sporo kasy, i kiedy naprawdę chętnie wziąłbym twoją wersję za darmo, jest mi dość głupio, że zrobiłaś to w jeden dzień i nie chcesz zapłaty. – Muszę powstrzymać się przed przewracaniem oczami, naprawdę, jak głupio muszę brzmieć? – Nie chcesz pieniędzy, proszę. Chociaż, nie wiem, daj sobie kupić nowe pędzle, farby, płótno, cokolwiek, chociażby cholerną kawę.

Vanity?

Od Dżumy CD Doriana

Musiała przyznać przed sobą i Bogiem, o ile istnieje i jest gdzieś w świecie, że oto spotkała najbardziej nierozważnego uciekiniera na świecie. Oto w pokoju jej domu stał młody mężczyzna, który podczas ucieczki z domu zabrał ze sobą plecak pełen.. Niczego. Dostrzegła rzuconą książkę na łóżko i westchnęła. No tak, miło wiedzieć, że nie tylko u niej literatura to oczko w głowie i sens życia, ale w papier to się niestety człowiek nie ubierze. Przetarła oczy w bardzo bezpośrednim geście irytacji, lis usiadł przy jej nogach, a jego wyraz pyska wskazywał ten sam stan co u kobiety. Wzięła głęboki wdech mając zamiar cokolwiek powiedzieć, lecz ostatecznie wypuściła powietrze ze świstem kręcąc głową.
- Chodź za mną. - nakazała wychodząc z pokoju. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że za nią idzie, doskonale słyszała jego kroki, podobnie jak przyśpieszone bicie serca. Skierowała się do prawego skrzydła, przy schodach zatrzymała się. - Zaczekaj.
Chłopak posłusznie zatrzymał się w miejscu obserwując jak kobieta znika w ciemnym korytarzu. Dopiero na jego końcu paliła się mała żarówka nadając miejscu mroczny ton. Dziewczyna zniknęła za drzwiami jednego z pokoju i nie wracała przez dobre kilkanaście minut. W tym czasie Dorian najwidoczniej zaczął się nudzić, bo zaczął stawiać kroki wgłąb korytarza. Sięgał dłonią w kierunku klamki zamkniętego pokoju, lecz nagle poczuł mocny uścisk zimnej dłoni na nadgarstku. Niemal odskoczył, lecz dłoń kobiety mu na to nie pozwoliła.
- Za dobrze Ci z całymi palcami?  - rzuciła oschle marszcząc brwi. Chłopak mógł się jedynie zastanawiać w jaki sposób tak szybko i cicho zdołała zareagować.
Pokręcił przecząco głową.
- Nie, oczywiście.. Przepraszam. - odparł szybko chcąc się wycofać. W końcu zwolniła uścisk pozwalając mu na to. Wręczyła mu karton, a raczej wcisnęła mu go siłą.
- Masz tutaj rzeczy, które mogą na Ciebie pasować. - powiedziała unosząc dumnie głowę. - Przymierz je i jeśli będą dobre - zatrzymaj.
- Dziękuję. - odparł jedynie wycofując się. Kobieta zostawiła go już samego, nie przeszkadzając do końca nocy. Sama nie spała czytając książkę zatopiona w ogromnym, wiktoriańskim fotelu, który obity był jasną skórą. Siedziała pod kocem, a na jej kolanach leżał lis zwinięty w kulkę. Jednak doskonale słyszała bicie serca mężczyzny, który spał na górze i nie mogła się na niczym skupić. Przez cały czas czuła narastającą irytację, że znajduje się tak blisko domniemanego posiłku. Zachowała jednak minimum rozsądku (który w tym momencie wydawał się bezsensowny, w końcu kto by szukał u niej zaginionego nastolatka, który uciekł z domu) i wyszła z domu. Zamykając książkę z trzaskiem i odkładając ją na stolik zrzuciła lisa. Nie odziała się w płaszcz i buty. Tak jak była ubrana, czyli zielona suknia z delikatnego materiału, wyszła na zewnątrz. Bose stopy zniknęły pod grubą warstwą śniegu, gdy kobieta puściła się biegiem w kierunku małej połaci lasu, która przynależała do jej terenu. Drobnej budowy sarna przechadzała się pomiędzy drzewami. Poszukiwała czegoś, co zaspokoi jej głód. Czuła w żołądku narastające ssanie i jeśli w najbliższym czasie nie znajdzie chociaż krztyny korzonków to padnie na śnieg i zamarznie. Patykowate nogi drżały coraz bardziej z zimna i braku siły. Czarne, paciorkowate oczy rozglądały się po okalanym mrokiem lesie nie wiedząc w którym kierunku iść. Nie spodziewała się ataku. Nie sądziła, że zginie śmiercią tak banalną i smutną. Jednak była to szybka śmierć i w pewnym sensie sarna powinna być wdzięczna Dżumie, która przypuściła atak z konarów drzew spadając lekko i zwinnie wprost na ciało sarny. Skręciła kark, rząd szpilkowatych kłów zalśnił w promieniu księżyca, który odbił się od śniegu, a potem zniknęły zatopione w szyi zwierzęcia.
Nad ranem chłopaka obudził zapach smażonych jajek i bekonu. Dostrzegła go, gdy przekroczył próg kuchni, był zaspany i zmęczony jakby pół nocy nie spał.
- Dzień dobry. - przywitała się nakładając jedzenie na talerz, postawiła wszystko na stole. - Siadaj.
- Dzień dobry. - odpowiedział z niemrawą, zaspaną miną i usiadł na krześle. Dostał szklankę soku pomarańczowego, a po chwili również i kawę. - Znowu nie jesz?
- Jadłam już. - ukróciła rozmowę zajmując miejsce na przeciwko chłopaka z filiżanką kawy. - Jedz, niedługo jedziemy do kawiarni. Jak się spało?

Dorian?

Od Judy do Dżumy


Zaskoczona dzwonkiem Bruxa skoczyła do drzwi i spojrzała przez wizjer. Regis szczeknął równie zdziwiony niezapowiedzianymi gośćmi i pobiegł do wejścia nie cierpliwie wyczekując odpowiedzi na pytanie kto stoi za drzwiami. Zdziwiona otworzyła drzwi rudowłosej pracowniczki kawiarni, w której przed kilkunastoma minutami zostawiła swoje nieszczęsne zakupy.
- Witaj - odezwała się jako pierwsza rudowłosa. - Przepraszam, że przeszkadzam, ale...- wskazała dzierżoną w rękach zgubę białowłosej.
- Oh, dziękuję bardzo - odparła Judy przejmując od nie znajomej siatki. - Wybacz, że się trudziłaś.
Było jej niewyobrażalnie głupio, że zmuszała zapracowaną właścicielkę lisa do noszenia jej zapomnianych przedmiotów.
- Skąd wiedziałaś, gdzie mieszkam? - padło po chwili pytanie że strony nieco podejrzliwej Judith.
- Popytałam trochę ludzi w kawiarni i przechodnich. Nie trudno było tu trafić - wyjaśniła rudowłosa, lecz to tłumaczenie przypominało Bruxie jej własne z łyżeczką... - Poza tym nic nie szkodzi, zrobiłam sobie odświeżający spacer. Mogę wejść?
Sullivan przeprosiła za zwlekanie z zaproszeniem puszczając mimo uszu nagłą zmianę tematu. Nie miała jednak dużo czasu na interpretację poczynań gościa, gdyż lis dopiero teraz dostrzegł ogrom psiego gospodarza i nieco się spłoszył chowając tym samym między nogami właścicielki. Bruxa odwołała Regisa, który wesoło odbiegł od obcego psowatego i merdając ogonem wskoczył na kanapę.
- Przepraszam za psa - powiedziała Judy zamykając za gośćmi drzwi. - Ale gdzie moje maniery, Judy Sullivan.
Odłożywszy torby na swoje miejsce odezwała się gospodyni.
- Dżuma, miło mi - przedstawiła się rudowłosa.
Białowłosa zdziwiona nietypowym imieniem, tudzież przezwiskiem uniosła lekko brew i przekręciła głowę niczym pies nie rozumiejący co się do niego mówi. Postanowiła jednak nie komentować, uważając to za brak taktu.
- Usiądź proszę - wskazała wysoki taboret przy blacie będącym równocześnie stołem i barem jednocześnie. Sama przeszła na jego drugą stronę w ten sposób znajdując się w sercu kuchni.
- Czy mogłabym zaoferować ci coś do picia?
- Rozgrzewająca herbata byłaby w sam raz - odparła Dżuma posłusznie zajmując wskazane miejsce. - Jeśli to nie problem oczywiście.
- Żaden - odparła z uśmiechem białowłosa obracając się do szafki z kubkami i włączając czajnik.
Trochę męczyły ją wstępne uprzejmości towarzyszące rozmowom z każdym nowo poznanym człowiekiem. Szczególnie jeśli następnego dnia nie pamiętało się kim owa osoba była. Jednak Dżuma swoim niecodziennym imieniem i charakterystyczną aparycją sprawiała wrażenie tej osoby, którą Sullivan miała przez dłuższy czas pamiętać. Przygotowując herbatę przyglądała się ukradkiem gościowi. Coś w jej aparycji nie dawało białowłosej spokoju. Po drugiej stronie mieszkania zaś, ulokowany wygodnie na kanapie Regis próbował odgadnąć jakiej rasy był jego nowy towarzysz nadal wiernie pilnujący nóg właścicielki.
- Od dawna tu mieszkasz? - przerwała krępującą ciszę gospodyni.
- Wystarczająco długo, aby znać Salem jak własną kieszeń - padła wymijająca odpowiedź. - Skąd przyjechałaś, jeśli można spytać.
- Z Alaski - na wspomnienie ukochanych lasów Judith uśmiechnęła się delikatnie.
- Przepiękne miejsce - dodała Dżuma, na co niebieskooka pokiwała zamyślona i podała herbatę.
Posłodziła swój napar, zanim zdążyła zorientować się, że właśnie tej samej osobie, którą właśnie gościła próbowała wmówić iż pije na gorzko. Rudowłosa nie skomentowała, lecz drobne oszustwo nie umknęło jej uwadze. Spotkanie nie należało do najbardziej interesujących i gadatliwych. Można by wręcz śmiało stwierdzić, że przez większość czasu panowała głucha cisza przerywana stuknięciami kubków o blat tudzież płytkimi, tradycyjnymi pytaniami. Czym się zajmujesz? Jak Ci się podoba w nowym miejscu? Gdzie kupować najlepsze herbaty, a gdzie sery... Jednak jedna kwestia nie dawała Dżumie spokoju. Starała się ukryć rosnącą ciekawość, która napędzała zniecierpliwienie, lecz jej wysiłki poszły na marne.
- Chciałabyś o coś spytać? - zauważyła w końcu Bruxa.
- W kawiarni... Wspominałaś o "różnorodności" w odniesieniu do Salem - przypomniała, jak się okazało właścicielka owego lokalu. - Co można przez to rozumieć?
Judith milczała długo zastanawiając się nad odpowiedzią. Czy rudowłosa podejrzewała że nie jest człowiekiem, czy pytała o coś zupełnie innego? A nawet jeśli, to czy powinna pierwszej lepszej osobie zwierzać się, że jest krwiożerczą bestią...
- Cóż... - zaczęła w końcu niepewnie. - Jestem swego rodzaju artystą. Mówiąc o różnorodności miałam na myśli zarówno zwierzęta typowe dla miejscowego klimatu, jak i ludzi... Nie jest również tajemnicą, że Salem opisywane jest jako miejsce pełne nadnaturalnych zjawisk... Nie żebym wierzyła w wampiry, wilkołaki... czy Bruxy... ale liczne historie na ten temat potrafią pobudzić wyobraźnię. Podsumowując jest to dość "różnorodne" miasto.
Dżuma uśmiechnęła się w odpowiedzi jakby uznając, że dostała tego czego chciała. Podziękowała za herbatę i wytłumaczyła swój pośpiech koniecznością przypilnowania interesu. Zanim opuściła jednak mieszkanie zwróciła się do jego lokatorki.
- Salem może wydawać się spokojne. W mieście po zmroku nic raczej nikomu nie grozi... Ale lasów za to powinno się raczej unikać.
Judith kiwnęła głową w podziękowaniu za cenną radę. Nadal nie wiedziała czy zamyka drzwi za czarownicą, łowcą, czy też zwykłym człowiekiem, lecz była pewna, że Dżuma na temat "różnorodności" miasteczka wie więcej niż mogło by się wydawać...

*cztery dni później*

Słońce tego dnia było skryte za puszystymi, szarym chmurami, z których nieustannie od dwóch dni padał śnieg. Skąpane w białym puchu miasto wyglądało bajecznie. Judith ubrana w samą piżamę przykrytą szlafrokiem marzła stojąc po łydki w śniegu i obserwując spieszących do pracy lub szkoły ludzi. Zeszła do furtki tylko po to, aby odebrać prenumeratę miejskiego dziennika, lecz nie mogła oderwać wzroku od majestatycznej, w jej mniemaniu, sceny rodzajowej, którą zastała. Z powrotem na ziemię sprowadziła ją jednak ruda głowa wyróżniającą się z tłumu. O dziwo właścicielka znanego jej warkocza kierowała się właśnie w jej stronę.
- Dzień dobry - powitała Dżumę z uśmiechem na ustach. - Piękny dziś dzień, nieprawdaż?
Właścicielka kawiarni nie sprawiała jednak wrażenia równie zauroczonej krajobrazem.
- Musimy porozmawiać - odparła poważnie i wskazała na dzierżoną przez Sullivan gazetę.
Dziewczyna jeszcze nie miała okazji się jej przyjrzeć, jednak zmuszona srogim wzrokiem rodowłosej zerknęła na wytłuszczony tytuł artykułu rozpoczynającego dziennik.
" Kolejna ofiara krwiopijcy z Salem. Policja szuka wampira?"

Dżuma?