środa, 24 stycznia 2018

Od Ezry CD Vanity


Uśmiecham się pod nosem obserwując dziewczynę. Rozgadała się i jest o wiele pewniejsza niż na początku, gotowa na odbicie jakiejkolwiek piłki, którą rzuciłbym w jej stronę.
- Touché – opieram głowę na dłoniach pochylając się w stronę mojej rozmówczyni. – Takie dramaty nie są takie złe. Wymagający rodzice, samotna artystka, magia, sokół jako domowe zwierzątko-
- Orzeł – przerywa mi szatynka. Macham zbywająco ręką marszcząc brwi.
- Orzeł, sokół, jastrząb, jedno i to samo. Wszystko lata i zżera mięso. W każdym razie na pewno Netflix z chęcią wykupiłby od ciebie patent na fabułę nowego serialu młodzieżowego.

Temat na rozmowę szybko się kończy i żadne z nas nie ma większej ochoty na wyciąganie się z ciszy, która zawisła między nami. Nie trwa długo, przerywa ją stukot obcasów kelnerki z wcześniej, która zjawia się obok nas z tacą. Stawia na naszym stoliku napoje i uśmiecha się lekko na odchodnym.
Szklanka whiskey jest chłodna kiedy zaciskam na niej palce. Dziewczyna bierze swoją filiżankę w dłonie podnosząc na mnie wzrok, jakby czekała, aż ja pierwszy upiję łyk swojego napoju.
- Na zdrowie – uśmiecham się krzywo przykładając brzeg kubka do ust. Odrobinę piecze mnie gardło, ale szybko przestaje, gdy biorę kolejny łyk zimnego płynu. Odstawiam szklankę na stół z głośniejszym uderzeniem, niż planowałem. – Też mam zwierzątko. Węża.
Szatynka parska cicho odkładając filiżankę. Marszczę brwi, po chwili je podnosząc.
- Można się spodziewać po tobie. Wąż – kręci głową jakby z niedowierzaniem, po czym znowu zasłania usta kubkiem kawy. – Jak ma na imię, Drakula?
- Ha ha ha – przewracam oczami ale czuję, jak mimowolnie na usta wpełza mi uśmiech. Musiałem już ją na tyle zirytować, że jej początkowa nieśmiałość spłynęła po niej szybciej, niż się spodziewałem. To mi się podoba, miło znaleźć kogoś, kto będzie równo odgryzał się na zaczepki. Powracam do pozycji z początku, z głową w dłoniach i znów pochylam się ku dziewczynie. – Wracając do ciebie. Jesteś gwiazdeczką rodziny czy wy wszyscy potraficie potykać niewinnych ludzi machnięciem ręki?
Niebieskooka zbywa mnie słabym wzruszeniem ramion, wyraźnie czując się niekomfortowo od ciągłych pytań o jej życie. Wzdycham dramatycznie wyprostowując się na krześle.
- Dobra, zrobimy tak. Pytanie za pytanie, odpowiedź za odpowiedź. Każdy po jednym, szczerze. Wtedy ja trochę dowiem się o tobie a ty nie musisz czuć się, jakbyś zwierzała mi się ze swojego życia. – mrużę oczy krzyżując dłonie na piersi.
Dziewczyna chwilę się zastanawia, popijając spokojnie cappuccino. Z filiżanki wydobywa się obłok pary i czuję ukłucie zazdrości, bo moja dłoń lekko zmarzła od ciągłego trzymania chłodnej szklanki.
Posiedzimy tu jeszcze, czuję to.
Po jakimś czasie szatynka przytakuje mrucząc coś pod nosem. Podskakuję lekko na swoim siedzeniu uśmiechając się szyderczo.
- Ja pierwszy, bo ja wpadłem na ten pomysł. Odpowiedz na moje poprzednie pytanie.
Dziewczyna zaciska palce na białym kubku, który ląduje na stole z lekkim stuknięciem.
- Cała moja rodzina jest – wykonuje bliżej nieokreślony gest ręką, rzucając pobieżnie wzrok na innych ludzi w kawiarni. Wyprostowuję się lekko, wbijając plecy w oparcie krzesła i podobnie jak moja rozmówczyni rozglądam się najsubtelniej jak mogę. Mimo wszystko, powinno się uważać w tym miejscu. Słyszałem już o zbyt wielu żądnych przygody ryzykantach, którzy zapłacili za swoją głupotę i nieokrzesanie głową.
Przytakuję, jakby na zgodę słów wypowiedzianych przez dziewczynę, choć nie potrzebują afirmacji. Zostajemy chwilę w ciszy, zastanawiam się, czy szatynka zapomniała o naszej grze, czy po prostu zastanawia się nad jakimś niezwykle głębokim pytaniem. Biorę chłodną szklankę w dłoń.
Spokojne sączenie przerywa mi głos dziewczyny, który łamie ciszę między nami.
- Kiedy się urodziłeś? Ile masz lat, tak naprawdę?
Mimowolnie przewracam oczami.
- Jedno pytanie, słońce – krzywię się, zakładając nogę na nogę – Dzielę urodziny z Beethovenem. Wiesz, taki kompozytor? – szatynka przewraca oczami i przez chwilę wygląda, jakby chciała wyrzucić mnie z krzesła swoimi mocami, więc szybko odzywam się ponownie. Upadek na chodniku bez świadków to jedno, kawiarnia pełna ludzi to inna rzecz. - Grudzień 1770 roku. Podoba się?
Dziewczyna podnosi brwi i już zastanawiam się, która odpowiedź padnie z jej ust – „myślałam, że jesteś starszy” czy „myślałam, że jesteś młodszy”; jednak jedyne co dostaje, to ciche „och”.
Odczytuję to jako małe zwycięstwo i uśmiecham się pod nosem. Odkładam szklankę na stół, tym razem udaje mi się zrobić to w perfekcyjnej ciszy i krzyżuję ręce na piersi. Przez chwilę zastanawiam się nad jakimś personalnym pytaniem, obserwując dziewczynę naprzeciwko mnie. Ona schyla się po łyk kawy, kiedy coś mi się przypomina.
- Nie znam twojego imienia. To nie fair, bo ty już masz moje, nawet wpisane w notatniku.
- Vanity – mówi bez namysłu, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Imię i nazwisko – uśmiecham się pod nosem.
- Vanity Maximoff.
Gwiżdżę cicho, na co dziewczyna, Vanity, podnosi brwi.
- Spodziewałem się czegoś bardziej, nie wiem – wzruszam ramionami – magicznego?
- Podaj mi przykład czegoś bardziej magicznego – parskam cicho na jej odpowiedź. Nie spodziewałem się, że to ona będzie mi stawiać poprzeczki. Przysuwam szklankę do ust, próbując ukryć rozbawienie.
- Radziłbym bardziej zastanowić się nad pytaniem następnym razem. – Vanity uśmiecha się pod nosem, kręcąc głową. Droczenie się z czarownicą nie było aż takie złe, choć zauważyłem kątem oka, że ktoś rzucał dziwne spojrzenia naszej wymianie zdań.
- To nie było moje pytanie.
- W takim razie strzelaj – mam wrażenie że mój uśmiech jest w jakimś stopniu szczery i sam nie jestem pewien, czy mi się podoba, czy nie.

Vanity?

Od Vanity CD Ezry


Spojrzałam zniesmaczona na faceta. Jakaś iskierka dobroci musiała się we mnie pojawić, że chciałam mu go oddać za darmo. Odwaliłam kawał dobrej roboty i to w tak krótkim czasie jednak po dłuższym namyśle i tak nie chciałam zmienić zdania. Gdy miałam nadzieję, że wampir opuści moją pracownię ten musiał dodać coś o wynagrodzeniu. Miałam ochotę wyrzucić go mocami z budynku, lecz gdy zaproponował mi kawę, rozmyśliłam się. Ten napój będzie dla mnie prawdziwym zbawieniem, a w dodatku nie utracę na tym ani grosza.
- Kawa może być - wzruszyłam ramionami starając się być jak najbardziej na to obojętną jednak na twarzy wymalował mi się lekki uśmiech.
- Świetnie - skinął głową podnosząc się na równe nogi i wziął obraz.
- Odnieś obraz - poleciłam widząc, że czeka na odpowiedź - Ja zamknę pracownię. Dzisiaj nie mam dużo do roboty.
Zgodził się i szybkim krokiem wyszedł za drzwi. Podeszłam do wysokiego lustra zawieszonego na prawie że pustej ścianie. Zaplotłam włosy w luźny warkocz na bok chcąc przynajmniej częściowo ogarnąć ich nieład. Wcześniejsze miejsce pracy uznałam za zbędne do ogarnięcia więc skierowałam się od razu do przedsionka aby założyć płaszcz. Ściągnęłam z wieszaka torbę, bez której się nie rozstawałam mimo, iż były w niej tylko klucze, słaby telefon i ulotki mojej pracowni. Momentami gdy mam mało zamówień zawsze rozwieszam te marnie wykonane ulotki aby przypomnieć ludziom o moim istnieniu. Wyszłam z budynku od razu zamykając drzwi na klucz następnie wrzucając go do torby. Opatuliłam się mocniej płaszczem gdy uderzył mnie chłód. Co mnie naszło na noszenie cienkich, wiosennych kurtek w środku zimy? Zaczęłam szczękać zębami, a wtem wrócił do mnie Ezra. Zacisnęłam szczękę aby nie pokazać jak cholernie mi zimno i tylko głupio się uśmiechnęłam. Chciałam powiedzieć coś typu ,,prowadź'' lub ,,możemy iść'', lecz postawiłam na zwykłe skinięcie głową. Brotzman schował ręce w kieszeniach i ruszył pierwszy szerokim i śliskim chodnikiem. Zimowy krajobraz pozwolił mi nieco zapomnieć o przeszywającym mnie zimnie i jako malarka od razu wyobraziłam sobie piękny obraz gór z ośnieżonymi czubkami i gęstym lasem iglastym pod spodem. Przez moją nieuwagę spowodowaną zamyśleniem poślizgnęłam się na lodzie. Szybka reakcja faceta nie pozwoliła mi zaryć nosem w śniegu. Gdy blondyn upewnił się, że stoję już stabilnie odsunął ode mnie ręce i ruszył dalej przed siebie.
- Patrz pod nogi - odparł cwaniackim tonem.
Nie wiadomo z jakich powodów, ale wezbrała we mnie irytacja i nagle miałam ochotę odgryźć się Ezrze. Odsunęłam się na bok aby upadek jaki miał zaraz nastąpić nie przewrócił również mnie. Wysunęłam rękę z kieszeni i lekko nią machnęłam, a wtedy nogi faceta odmówiły mu posłuszeństwa. Usłyszałam cichy jęk zdezorientowania po czym Brotzman wylądował płasko na chodniku.
- Wzajemnie - wzruszyłam ramionami udając, że nie wiem o co chodzi.
Odwróciłam na chwilę głowę aby ujrzeć tą wściekłą minę.

- Co podać? - zapytał przyjemny dla ucha głos kelnerki.
Spojrzałam na mężczyznę mając nadzieję, że zamówi coś pierwszy, lecz po jego minie zrozumiałam, że to moja kolej. Nie patrząc na kartkę menu dokonałam wyboru.
- Cappuccino - uśmiechnęłam się do rudowłosej - A tobie? - zwróciłam się do blondyna.
- Whiskey poproszę - odparł bezwstydnie nie zerkając ani na mnie, ani na kelnerkę.
Dziewczyna lekko pokiwała głową spisując zamówienie w notesie, a ja rzuciłam facetowi zdziwione spojrzenie. Dopiero teraz raczył unieść na mnie swój wzrok i tylko lekko uniósł jedną brew.
- Coś nie tak? - przechylił lekko głowę na bok - Ty też będziesz mogła pić za pare lat.
- Już mogę, ale nie chcę - parsknęłam - A ty niby ile masz lat?
- Wystarczająco - zamrugał i przerzucił kolejną stronę w menu.
No tak, przecież mam do czynienia z wampirem.
- W takim razie za ile lat się podajesz? - dopytałam krzyżując ręce na stole.
- Sporo - skończył temat z lekkim odchrząknięciem - Może pomówimy o twojej pracowni?
- Co chcesz wiedzieć? - zapytałam domyślając się w którą stronę zmierzamy.
- Prowadzisz tą działalność sama? Musiałaś sporo wydać na urządzenie całego tego budynku.
- Pracuję sama. Rodzice raczej się mną nie interesują jeżeli o to pytasz jednak jak proszę o pieniądze nigdy nie mają nic przeciwko. Prawie ciągle jestem w pracowni bo wtedy mogę uwolnić się od pretensji i zbędnych obowiązków - rozwinęłam swoją odpowiedź chyba za bardzo gdyż Ezra wydawał się nieco przejęty - Zresztą co cię to może interesować. Takie tam dramaty dzieciaków w moim wieku - dokończyłam z naciskiem na określenie, którego tak bardzo nie lubiłam.

Ezra? Słabe wyszło bo z weną kiepsko ;/

wtorek, 23 stycznia 2018

Od Dżumy CD Doriana

W kawiarni krzątały się już trzy dziewczyny. Sprzątały, wycierały kurze, włączały antyczne lampy i odpalały maszyny do kawy. Widząc wchodzącą rudowłosą przerwały swoje czynności i skinęły w jej kierunku głową.
- Dzień dobry, proszę Pani. - odparły niemal jednocześnie, a potem wróciły do swoich zadań, gdy rudowłosa skinęła w ich kierunku jedynie głową. Dorian rozglądał się po sporym pomieszczeniu, najwidoczniej będąc tutaj po raz pierwszy nie miał okazji porządnie przyjrzeć się lokalowi wyłożonemu w całości z drewna. Książki również tutaj piętrzyły się ku sufitowi zachęcając do czytania lub nawet zakupienia. Białe kruki stały wyeksponowane w gablocie za szklanymi drzwiczkami na klucz. Podświetlone delikatną lampką prezentowały się niesamowicie. Chłopak od razu podszedł do owej półki i zaczął z zapałem czytać tytułu na grzbietach książek. Dżuma przywołała go chrząknięciem do porządku. Zwołała szybko również dziewczęta, które ustawiły się w rządku przed ladą. Złożyły ręce za plecami obserwując to kobietę, to wyższego od niej młodzieńca, który nadal rozglądał się po wnętrzu.
- Moje drogie, to jest Dorian. Od dzisiaj będzie z wami pracował. W razie problemów proszę mu udzielić rad, a w razie większych szkód.. - spojrzała na chłopaka, ponownie odchrząknęła, by mógł w końcu skupić wzrok na nowych znajomych z pracy. - Zawołajcie mnie.
- Oczywiście Proszę Pani. - odparły mechanicznie na jej rozkaz, po czym się rozeszły. Rudowłosa pociągnęła chłopaka za rękaw kurtki i niemal siłą zaciągnęła na zaplecze.
- Następnym razem nie zachowuj się jakbyś miał głowę w chmurach. - warknęła widocznie niezadowolona z beztroskiej postawy chłopaka. - Przy klientach masz wykazać się sumiennością i pokazywać, że to co mówią ma dla Ciebie istotny sens i zależy od tego Twoje życie, czy to jasne?
Dorian pokiwał głową, dając do zrozumienia Dżumie, że rozumie wszystkie zalecenia. Dziewczyna westchnęła mając pewność, że to nie będzie łatwy dzień.
- Na szczęście to czeka Cię jutro, na ten moment chodź za mną. - przeszła przez korytarz na zapleczu i podeszła do drzwi zamkniętych na kłódkę. Przekręciła kluczyk, zatrzaski puściły i teraz drzwi stały otworem. Zapaliła światło i ich oczom ukazały się piętrzące się pudła. Kobieta wpuściła do środka Doriana, który wydawał się przerażony widocznym obrazem, przełknął ślinę.
- Mam to wyrzucić, czy co? - zapytał zaglądając do pierwszego kartonu z brzegu, w środku stały książki.
Westchnęła kręcąc głową i z kieszeni jeansów wyciągnęła kartkę. Podała mu ją.
- Oto numery kartonów, które masz dla mnie znaleźć. Są tam dość cenne książki, uważaj na nie. - pogroziła mu palcem. - Jak oczko w głowie, jasne?
Chłopak zasalutował jej na co ona uśmiechnęła się szczerze nieco rozbawiona.
- Jak skończysz to przynieś kartony do lokalu.
Wyszła zostawiając go przy otwartych drzwiach. Wróciła do lokalu, gdzie pojawiali się już pierwsi klienci. Witali się z nią szerokimi uśmiechami i szczerymi pozdrowieniami. Dżuma odpowiadała na nie mniej entuzjastycznie, ale słynęła ze słabego okazywania emocji. Zasiadła przy swoim stoliku przy gablocie z białymi krukami i wertowała kartki dokumentacji. Miała sporo do uzupełnienia i nie chciała tego już dłużej odwlekać. Im częściej to robiła tym większe zaległości ją goniły, a co za tym szło mniej chęci do wypełniania wszystkiego. Z pokrowca z torebki wyciągnęła małe okulary w złotej oprawce, nałożyła je na nos i zaczęła wypełniać pliki skupiając sie tylko i wyłącznie na tym.Jej zmysły były tak pogrążone w czytaniu i pisaniu, że nie zauważyła, że Dorian skończył i przyniósł jej kilka kartonów pod stół.
- Pomyślałem, że może Ci się to spodobać. - powiedział wyciągając coś w jej stronę. - Masz wiele wspaniałych i cennych rzeczy, które mogłabyś sprzedać z zyskiem.
Kobieta kiwała na jego słowa głową niespecjalnie przyjmując ich do świadomości.
- Dobrze, dobrze.. - odparła i sięgnęła dłonią po znalezisko Doriana. Dopiero gdy poczuła pieczenie odrzuciła na ziemię kolie wykonaną z czystego srebra. Syknęła dość głośno z bólu, zwracając na siebie uwagę niektórych osób. Chłopak obserwował ją szeroko otwartymi oczami, wzrok skierował na dłoń pokrytą czerwonymi pręgami. Kobieta spoglądała na chłopaka z morderczym spojrzeniem, oczy błysnęły wściekłą żółcią. - Wracaj do pracy. - warknęła gardłowo. Szybko jednak zabrała dłoń i wstała kierując swoje szybkie kroki do łazienki. Zaklinała na siebie za taką głupotę.

Dorian?

NOWI "Rzeczywistość to coś, co nie znika...

...kiedy przestaje się w to wierzyć.” Philip K. Dick


Imię i nazwisko: Leon Nataniel Chimero
Pseudonim: Ludzie najczęściej zwracają się do innych „po nazwisku”, tak też stało się w przypadku Leona. Z czasem „Młody Chimero” stał się Chimerą.
Wiek: 19 lat
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Heteroseksualny
Rodzina: Ród Chimero jest jednym z tych, które mogą poszczycić się ilością członków. Leon posiada dziesiątki ciotek i wujków, przynajmniej w teorii. Praktyka ma się nieco inaczej. Większość krewnych jest gotowa zaprzeczyć, jakoby dzielili z chłopcem wspólną krew. Jedyną, która została z nim do samego końca jest matka- Elif Aylin Chimero. Kobieta o smutnych oczach koloru kwiatu lawendy i delikatnym uśmiechu, wiecznie zdobiącym jej twarz. Melancholijna, spokojna artystka, której obrazy można napotkać w wielu galeriach sztuki. Z synem łączą ją bardzo dobre relacje, pełne ciepła i miłości, dla których gotowa była poświęcić wszystko, co osiągnęła przed urodzeniem Leona. Młody Chimero obrał ją sobie za wzór, traktując matkę niczym świętą. Odpłaca się jej opieką, wsparciem za tych dziewiętnaście lat zmagań z krzywymi spojrzeniami, plotkami na temat ich dwójki.
Rasa: Zastanawialiście się kiedyś, co wyniknie z połączenia krwi dwóch odwiecznych wrogów- człowieka i demona? Skutki romansu przedstawicieli tych ras są co najmniej warte pogardy. Kruche, wątłe ciało ludzkie zwykle nie jest w stanie przetrzymać w sobie tak ogromnej ilości mocy magicznej, przez co nosiciel zwykle umiera tuż po porodzie (lub w jego trakcie). Jednak zdarzają się niechlubne wyjątki, pieszczotliwie nazywane Wyklętymi. Chłopiec należy właśnie do tej niewielkiej grupki. Jako osobnik noszący w sobie gen *shayton, obdarzony został umiejętnością przywoływania zmarłych, niczym rasowy nekromanta, tylko na mniejszą skalę. Niestety płaci za każde jej użycie. Demoniczna część młodzieńca (objawiająca się jako czarne znaczenie, obejmujące obszar jego lewego przedramienia) powiększa się. Towarzyszy temu ogromny ból i wyczerpanie organizmu. Ponadto, gdy zmiana skórna dotrze do serca- doprowadzi to do natychmiastowego zgonu.

*SHAYTON- nazwa szeroko stosowana w kręgu Czarnych Magów. Pochodzi od imienia pierwszej hybrydy człowieka z demonem. Najczęściej używa się jej, mówiąc o wystąpieniu bardzo silnych genów czarnej magii, dzięki czemu jego posiadacz staje się naturalnym nekromantą, czarnoksiężnikiem, nomadem i.t.p.
Pochodzenie: Stany Zjednoczone Ameryki › Delaware › Dover
Status: Od roku oficjalnie widnieje na liście uczniów studiów oficerskich w miejscowym uniwersytecie. Dodatkowo wieczorami pracuje jako kelner w kawiarni Philip's Cafe.

Charakter: Leona porównać można do wiatru delikatnie muskającego liście drzew, by zaraz potem zacząć targać potężnymi gałęziami. Niemożliwym jest przewidzenie jego ruchów, decyzji, jakie podejmie. Nie poznasz go do końca, choć masz prawo odnieść zupełnie odwrotne wrażenie. Chaotyczny, ciągle zmienia maski, niczym najświetniejszy z aktorów. Zazwyczaj pokazuje jedynie niewielką część siebie, starając się sprostać oczekiwaniom społeczeństwa, narzuconym przezeń wymaganiom.Tak więc na pierwszy rzut oka panicz Chimero należy do tych wiecznych optymistów, szukających pozytywów nawet w najgorszych sytuacjach. Jego twarz zdobi wieczny uśmiech, z ust  często wydostaje się śmiech. Stonowany, nieco sztuczny. Kontrastuje to z zimnymi, smutnymi oczami- charakterystycznymi dla osób, które przeżyły wiele, a na ich barkach spoczywa ciężar odpowiedzialności.
 W rzeczy samej jest on anonimowym bohaterem, gotowym poświęcić własne zdrowie dla kogoś zupełnie obcego, byleby nakarmić swoje ego. Wszystko za sprawą matki- kobiety wpajającej mu znaczenie wartości takich jak Bóg, honor i ojczyzna. Nie potrafi przejść obojętnie obok potrzebującego lub proszącego o pomoc. Czyni go to nieco naiwnym, łatwym do zmanipulowania i wykorzystania. Jednak nie widzi w tym nic złego, wręcz przeciwnie. Przepełnia go duma. Jak sam twierdzi, liczy się sama chęć wsparcia drugiego człowieka, nieważne jakim kosztem.
 Wykazuje się wysoką kulturą słowa i czynu. Starszych od siebie traktuje z należytym szacunkiem oraz poważaniem. Milczy, gdy tego się od niego wymaga, nie odzywa się nieproszony- jest zdyscyplinowany, spokojny. Siedzi (lub stoi) wyprostowany „jak struna”, rozglądając się po najbliższym otoczeniu, niczym dziecko zmuszone do przebywania w towarzystwie dorosłych. Kobiety traktuje niczym boginie, siląc się na niewyobrażalną delikatność. Przy tym jego zachowanie nieco odbiega od standardów wyznaczonych przez społeczeństwo XXI wieku. Jest dżentelmenem o manierach wręcz niespotykanych wśród jego rówieśników. Niczym staruszek zamknięty w ciele niesfornego dziewiętnastolatka.
 Miły i uczynny chłopiec zmienia się w towarzystwie równych mu wiekiem. Spokój zastąpiony zostaje przez żywiołowość i porywczość. Powaga umyka gdzieś w kąt, ustępując falom szczerego śmiechu i euforii, niekiedy połączonych z głupimi pomysłami. Zdarza mu się pójść o krok za daleko, stać zbyt pewnym swoich czynów i słuszności podejmowanych przezeń decyzji. Wpada w tarapaty, biorąc na siebie odpowiedzialność za całą grupę. Stawiany jest też w sytuacjach złych, delikatnie to ujmując. Bardzo łatwo poddaje się emocjom, przechodząc od skrajności w skrajność. Wybuchowy, bojowy i nieprzewidywalny- tak prezentuje się sprowokowany Nataniel. Wtedy nie ma mowy o pokojowym rozstrzygnięciu sporu, agresja staje się kluczem do sukcesu. Zaś, gdy nie odniesie on wątpliwego zwycięstwa, gotowy jest chować w sobie urazę. Pielęgnuje ją, często układając rozmaite plany o zemście.
 Podsumowując, młody Chimero to osoba na pozór prosta, choć rzeczywistość ma się zgoła inaczej. Jest jak wiatr lub chaos. Raz delikatny, by zaraz potem wdać się w bójkę z osobą, która śmiała się mu
przeciwstawić.

Historia: W prawej rączce trzymał plastikową figurkę, stylizowaną na postać z ukochanego serialu „Power Rangers”, wywijając nią na wszystkie strony. Towarzyszyły temu wesołe okrzyki i cytaty wyjęte wprost z ust Czarnego Rangera. Odciął się od reszty świata, zupełnie skupiając na zabawie. Nie zauważył nawet, kiedy waniliowe lody zaczęły skapywać z rożka wprost na nową koszulkę. Młoda kobieta spoglądała na krajobraz za przednią szybą, tak różny od jej rodzinnego miasta. Surowy, górzysty teren napawał ją lekkim niepokojem. Jednak nie bała się o swój los, a o chłopca siedzącego w foteliku. Czy zdoła wychować go sama, bez wsparcia rodziny i ojca Leona? Gdzieś obok śmignął niebieskawy znak, informujący o przekroczeniu granicy Salem- ich nowego domu. To tu mieli spędzić resztę życia, z dala od nienawistnych spojrzeń, wrogich komentarzy ze strony członków rodu Chimero. Zatrzymali się przed niewielkim budynkiem z czerwonej cegły, odcinającym się na tle rozłożystych drzew. Wiatr szumiał, nucąc sobie tylko znaną melodię. Otworzyła drzwi, odpięła pasy brązowowłosemu chłopcu. Ten, nieco zaskoczony i zdezorientowany, wlepił w nią swoje wielkie oczka. Jeszcze dobrze nie wiedział, dlaczego przebyli taką drogę, by znaleźć się w tym nieznanym miejscu. Z daleka od przyjaciół, znajomych i tych znanych zakamarków Dover. Mama niewiele mówiła o tym, co nazywała „przeprowadzką”. Włożył figurkę do kieszeni spodni, dłoń upaćkaną lodami wytarł o koszulkę. Czuł się dziwnie, jakby ktoś lub coś obserwowało go zza kurtyny zieleni. Z całej siły pchnął lakierowane drzwi Audi, jeszcze nieco zbyt ciężkie dla dziecka. Podreptał do jedynej bliskiej mu osoby. Białowłosa obdarzyła go ciepłym uśmiechem, odkładając torby podróżne na brukowany podjazd. Była niespokojna, czuł to. Uklęknęła na jedno kolano, tuż przed nim. Wysoka, pachnąca świeżo ściętymi kwiatami róży. Kobieta odziana w biel, mająca piękne, lawendowe oczy. Jej jasna sukienka lekko powiewała na wietrze, loki tańczyły w rytm niemej muzyki. Ujęła jego lewą dłoń, nie zważając na to, że jeszcze lepiła się od roztopionych słodyczy. Przez sekundę patrzyła na okropne, czarne znaczenie, ciągnące się od palców, aż do nadgarstka Leona. Poprawiła niesforne kosmyki, opadające na czoło chłopca.
— Tu będziemy bezpieczni, Leonku, już nikt nas nie skrzywdzi— powiedziała, a jej fioletowe oczy zaszkliły się od łez.

Aparycja: Na pozór niczym się niewyróżniający, a jednak przyciągający uwagę przechodniów. Nieczęsto widzi się umundurowanych młodzieńców idących dumnie, mających nienaganną postawę i miękki, cichy krok, pomimo noszenia ciężkich butów. Ten wysoki chłopiec wywołuje mieszane uczucia w zaciekawionym widzu, będąc zbudowanym z przeciwieństw. Jego niecałe sto dziewięćdziesiąt centymetrów i atletyczna budowa zdaje się nie pasować do żołnierskiej rzeczywistości, o czym wspominano mu już wiele razy. Lata ciągłych ćwiczeń, a także okazjonalnej gry w koszykówkę, pomogły mu zadbać o utrzymanie prawidłowej masy ciała. Jest jednocześnie umięśniony i delikatny, jakby pod wpływem najmniejszego podmuchu wiatru miał rozpaść się na miliardy drobnych kawałeczków.
 Burza niesfornych, wiecznie nieułożonych włosów opada wicherkiem na charakterystyczną twarz. Znaleźć w niej można coś nieludzkiego, różniącego Leona od reszty tłumu. Nic w tym dziwnego, mocne rysy odziedziczył po ojcu, o czym Elif ma w zwyczaju mu przypominać. Na świat patrzy dużymi oczami w kształcie migdałów, błyszczącymi smutno w świetle wschodzącego słońca. Mówią, że są one zwierciadłem duszy. Jednak te pozostają nieprzeniknione, zimne. Błękitne tęczówki pokrywa warstwa czerni, panującej na ich krańcach. Przez to można odnieść wrażenie, jakoby wraz z upływem czasu zmieniały swój kolor. Rankiem jasne, by wieczorem spowił je mrok. Nadają jego wesołej twarzy nutę tajemniczości, gryzą się z ustami wykrzywionymi w grymasie uśmiechu. Radosnego, choć nieco sztucznego, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że nigdy nie znika. Dopełnieniem wszystkiego jest nos. Prosty, przywodzący na myśl te uwieczniane przez malarzy. Harmonię twarzy burzą brwi- grubsze, przywodzące na myśl złamany łuk.
 Pod warstwą ciemnych ubrań skrywa swoje małe sekrety. Niezliczone tatuaże zdobią niemalże każdy nieodsłonięty skrawek jego ciała. Opowiadają historię o samotnym chłopcu, symbolizując wszystkie dobre i złe chwile jego życia. Zapytany, mógłby rozwodzić się nad nimi przez cały dzień. Jednak to nie one są tym, co próbuje ukryć. Pod warstwami tuszu znajdują się dziesiątki blizn, blednących wraz z upływem czasu. I to, co skazało go na los wygnańca- czarne jak noc znaczenie na lewym przedramieniu, powoli zajmujące coraz większe połacie ciała.

Zainteresowania/Ciekawostki:
○ Matka zaszczepiła w nim miłość do piękna natury. Uwielbia spędzać czas na świeżym powietrzu, siedząc pod rozłożystym drzewem lub eksplorując nieznane leśne ścieżki. Ciekawość świata sprawiła, że niejednokrotnie uciekał z domu, znikał na kilka dni, by wrócić w pełni sił (tylko nieco ubłocony).
○ W swoim krótkim życiu zdążył już słuchać utworów z niemalże każdego gatunku muzycznego. Ostatecznie jego serce skradł rock, głównie ze względu na nieco cięższe brzmienie oraz mocne głosy wokalistów. Jednak czasami sięga po coś lżejszego, ukojenia nerwów szukając u Yirumy.
○ Amator dobrej herbaty i świeczek zapachowych (tych drugich ma sporą kolekcję).
○ Można zaliczyć go do kategorii uczniów dobrych, w kierunku średnich. Braki nadrabia godzinami spędzonymi na opanowywaniu materiału. W przyszłości zamierza rozpocząć czynną służbę wojskową.
○ Może tego po nim nie widać, ale pochłania słodycze w rekordowych ilościach. Nie ważne czy to krówka, czekolada, czy draże- uwielbia wszystko, co ma w sobie cukier.
○ Od najmłodszych lat uczył się gry na pianinie, z marnym skutkiem.
○ W jego głosie słychać lekki akcent, charakterystyczny dla ludzi pochodzących z Delaware. Przybiera na sile, gdy młodzieniec zaczyna się denerwować (momentami można jedynie domyślać się, co mówi).
Towarzysz: Gandalf

Kontakt: Korra10 | moonwilczycaksiezyca@gmail.com

Od Doriana CD Dżumy


Chłopak podziękował za ubrania i jeszcze raz przeprosił za swoją głupotę. Gdy dziewczyna zniknęła z jego widoku, powędrował do swojego pokoju wzdłuż korytarza. Bardzo kusiło go pójście do prawego skrzydła. Dlaczego rzeczy, których nie możemy robić nas tak pociągają? Dorian miał do dyspozycji całe lewe skrzydło, jednak nie zamierzał go zwiedzać w najbliższym czasie. Zgasił światło na korytarzu i z powodu panujących egipskich ciemności, popędził do pokoju z prędkością światła. Panicznie bał się ciemności i zdawało mu się, że cały dom usłyszał odgłosy jego szaleńczej bieganiny. Po omacku otworzył mosiężne drzwi i zapalił światło. Położył karton na łóżku. Nie spodziewał się, że rudowłosa będzie miała jakiekolwiek ubrania. Może były po jej byłym chłopaku? Dziewczyna nie wyglądała na taką, która posiada wiele partnerów. Wzruszył ramionami i otworzył pudło. W środku znajdowało kilka klasycznych spodni i ciepłych, wełnianych swetrów. Przymierzył w pośpiechu wszystkie rzeczy, a na samym dnie kartonu znalazł się klasyczną piżamę składająca się z lnianej bluzki i czarnych spodni z lejącej tkaniny. Szybko wziął ją do ręki i udał się na korytarz w poszukiwaniu łazienki. Nie zajęło mu to zbyt wiele czasu, ponieważ znajdowała się naprzeciwko jego pokoju. Szczerze mówiąc, chłopak spodziewał się, że łazienka będzie przypominała taką, która była modna dwa stulecia temu. Cały dom nie był urządzony nowocześnie, więc tego samego oczekiwał od tego pomieszczenia. Jednak łazienka wyglądała zwyczajnie. Nie posiadała średniowiecznej toalety, lub wanny z czasów oświecenia. Składała się z prysznica i średniej wielkości umywalki na marmurowym blacie, który musiał być kosztowny. Chłopak zgadywał w ciemno, że toaleta znajdowała się w innym pomieszczeniu. Bez jakiegokolwiek zaglądania do szafek zdjął z siebie ubrania i złożył je w kostkę. Nie chciał się później dowiedzieć, że komoda w łazience była tak samo zakazana, jak prawe skrzydło. Bardzo podobały mu się jego ręce i nie chciał ich stracić. Wszedł do kabiny prysznica i odkręcił wodę. Wręcz mizofobicznie wyczyścił całe ciało mydłem znalezionym pod prysznicem.
Gdy jego palce zaczęły przypominać suszone śliwki zauważył, jak długo stoi w tej samej pozycji u wpatrując się w uszczerbioną kafelkę prysznica. Uszczypnął się lekko w ramię, chcąc by trzeźwe myślenie powróciło. Sięgnął po biały ręcznik wiszący na wieszaku i dokładnie wysuszył każdą część ciała. Szybko ubrał piżamę i udał się do swojego pokoju, upewniając się, że w łazience panuje taki sam ład, jaki był, gdy do niej wszedł. Zanurzył stopy w wykładzinie i spojrzał jeszcze raz na prawe skrzydło. Zakaz rudowłosej był jednak silniejszy od pokusy sprawdzenia co kryje się za wszystkimi drzwiami. Tym razem pamiętał, by nie zgaszać światła od razu po wyjściu z jakiegokolwiek pomieszczenia. Na początku zapalił małą lampę w swoim tymczasowym pokoju, a następnie zgasił wielki żyrandol w korytarzu. Zadrżał, gdy jego bose stopy spotkały się z zimnymi panelami. Szczelnie zamknął drzwi do sypialni, jakby bojąc się wszystkiego, co może go spotkać za progiem. Dużymi krokami pokonał dystans dzielący chłopaka od łóżka i jak najszybciej wskoczył pod grubą pierzynę. Nie zważając na to, jak wyglądało to dla osoby z zewnątrz zwinął się w kulkę i przytulając swoje kolana zamknął swoje oczy. Ścisnął mocno swoje powieki, kiedy cały jego dzisiejszy dzień przeleciał mu przed oczami. Dobrze wiedział, że musi zasnąć, ale strach przed tym, co może śnić mu się dzisiejszego wieczoru był silniejszy od zdrowego rozsądku. Wszedł głębiej pod kołdrę, jakby chciał zniknąć wśród pościeli. Jego starania były jednak zbędne. Nie mógł zmienić swoich czynów i słów z przeszłości. Tępo patrzył przez okno sypialni. Cały świat wydawał się ogromny i przytłaczający. Sam nie wiedział, kiedy jego zmęczenie wygrało nad obawami i strachem.
Obudził się i zamrugał kilka razy. Cały wczorajszy dzień nie był złym snem. Rodzice nie żyją, a on mieszka w domu kompletnie obcej mu kobiety. Sprawnie przebrał się w ubrania pozostawione przez dziewczynę i ruszył na dół. W kuchni unosił się zapach jajecznicy, bekonu i kawy. Wszystkie te zapachy przypominały mu rodzinne śniadania, kiedy jeszcze wszystko zdawało się być jak u każdej, normalnej rodziny. Zmęczony przetarł oczy, gdy zauważył rudowłosą.
- Dzień dobry - powiedziała kładąc przed chłopakiem jedzenie.
Chyba nieczęsto musiała gotować dla kogokolwiek, wliczając w to siebie, ponieważ porcja był dla niego trzy razy za duża. Zauważył, że kobieta znowu nie jadła razem z nim.
- Dzień dobry - odpowiedział, próbując uśmiechnąć się lekko. - Znowu nie jesz? - zapytał ciekawie
- Jadłam już - odpowiedziała wymijająco i zajęła miejsce naprzeciwko niego. - Jedz, niedługo jedziemy do kawiarni. Jak się spało?
Dziewczyna miała dzisiaj wyjątkowo dobry humor. Może po prostu wczoraj miała zły dzień? Chłopakowi powoli wszystko mieszało się w głowie. Zapytała go o coś? Sam już nie pamiętał. Po chwili zastanowienia, zdał sobie sprawę, że kobieta pytała go o samopoczucie. Poczuł na sobie jej wyczekujący wzrok.
- Dobrze - ziewnął, przez co stracił swoją wiarygodność. - Bardzo dobrze. Nie spałem tak świetnie od dawna - skłamał, choć wiedział, że nie jest w tym zbyt dobry.
Po śniadaniu od razu udali się do przedpokoju i po przebraniu się w zimowe kurtki wyszli na dwór. Na zewnątrz świeciło poranne słońce i śnieg iskrzył się tysiącami kolorami. Temperatura powietrza wydawała się być o wiele wyższa niż wczoraj. Chłopak wypuścił powietrze z płuc, tworząc przy tym obłoczki pary. Dziewczyna bez uprzedzenia ruszyła przed siebie w stronę kawiarni. Podróż minęła im w milczeniu, jakby każdy miał do omówienia jakąś priorytetową sprawę z samym sobą. Sam Dorian nawet nie zauważył, kiedy dotarli na miejsce i rudowłosa musiała go zawołać po imieniu, by wybudzić go z zamyślenia. Oderwał wzrok od podłogi, która zdawała mu się ciekawsza niż wszystko dookoła. Coś czuł, że czeka go dziś pracowity dzień.

Dżuma?