niedziela, 18 lutego 2018

Od Doriana CD Junsu

Pytanie Azjaty ciążyło Dorianowi w głowie. Nie wiedział, czy podać mu swoje prawdziwe imię, czy spróbować wyjść z opresji kłamiąc. Nerwowo ściskał miłe w dotyku ubrania i co chwile spoglądał na niego i odwracał wzrok. Zastanawiał się, czy dalej jest tym samym chłopakiem, który dwa miesiące temu chciał kazać rodzicom iść do diabła i uciec z domu. Teraz marzył o żmudnej, codziennej rutynie i o kompletnie się nim nie przejmujących, ale żywych rodzicach. 
Nie zdawał sobie sprawy, że brunet cały czas wpatrywał się w niego oczekujacym wzrokiem. W końcu kiedyś musiał odpowiedzieć, jeśli chciał w ogóle ruszyć się z miejsca. Po kilkunastu ponownych sekundach myślenia zdecydował, że to bez znaczenia, czy poda mu swoje prawdziwe dane, czy zmyśli wszystko na swój temat. Nie wiedział czemu, ale lękał się wzroku, czy dotyku swojego wybawcy z opresji. Przełknął nerwowo ślinę i spojrzał mu w oczy. Ta jedna czynność sprawiła, że poczuł się pewniej. Dopiero teraz zauważył, że chłopak, na którego patrzy miał bardzo młodą twarz. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat i zastanawiał się co sprowadza tak młodego mężczyznę do takiego miasta. Po chwili zorientował się, że o nim również można mieć takie mniemanie. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo wpatruje się w niego i lustruje go wzrokiem.
- Nazywam się Dorian - powiedział po chwili zawachania. - Jak Dorian Grey, Oscara Wilde'a - dodał i odwrócił wzrok w stronę kanapy, która wydawała się mu bardziej interesująca, niż konfrontacja z chlopakiem.
Pomyślał, że głupio byłoby nie skorzystać z ciszy, jaka panowała w pokoju i nie spytać Azjaty o jego imię. Uważał, że brak znajomości takiej informacji była niedorzeczna w takim obrocie sytuacji. Był jednak zbyt strachliwy i nieśmiały, by bez większego myślenia i układania w głowie najprostrzego pytania zapytać go o cokolwiek. Jego imiennik był jego kompletnym przeciwieństwen, ale matka uważała, że idealnie do niego pasuje. Pan Grey był duszą towarzystwa, a jego duma i narcystyczność często wprowadzała Doriana w zmieszanie jego czynami. Zawsze chciał być jak bohater tej książki, nie zwracając w ogóle uwagi na to, że na końcu utworu umiera. Postanowił nie zastanawiać się więcej nad tym, co powiedzieć i co może o tym pomyśleć chłopak.
- A jak ja mam się do ciebie zwracać? - zapytał cienkim głosem.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Chłopakowi zdawało się, że mężczyzna należy do stanowczych osób. Popatrzył 
mu prosto w oczy. Dorian zawsze marzył, by być choć tak pewny siebie, by móc spojrzeć spojrzeć komuś prosto w oczy i powiedzieć choćby najgorszą prawdę. Niestety, bał się komuś spojrzeć w oczy, nie mówiąc już o powiedzeniu czegokolwiek.
- Jestem Junsu. Junsu Lee. - odpowiedział szybko, ale dość wyraźnie.
Teraz miał całowitą pewność, że chłopak był Azjatą lub miał jakiekolwiek azjatyckie korzenie. Szybko wyminął go w drodze do łazienki i zamknął błyskawicznie drzwi. Nie miał ochoty się kąpać. Nie miał nawet najmniejszej ochoty zrobić cokolwiek. W wolnym tempie zdejmował z siebie brudne i jeszcze w kilku miejscach mokre ubrania. Co chwile nerwowo zerkał w stronę drzwi, jakby obawiał się, że jest oglądany. Nie oczekiwał, że tak będzie, ale po prostu tak bardzo bał się wzroku innych osób, że nie czuł się bezpiecznie nawet w zamkniętej łazience. Wszedł powoli do kabiny prysznicowej i szybkim ruchem włączył wodę. Przeszły go dreszcze, kiedy pierwsze krople osadziły się na jego ciele. Nigdy nie lubił się kąpać. Zawsze uważał to za wymuszoną konieczność i nie czerpał z tego żadnej przyjemności. Dokładne umycie ciała nie zajęło mu zbyt dużo czasu, gdyż był wprawiony w szybkim braniu przysznica. Jakimś cudem nie udało mu się zmoczyć włosów i mozolnymi ruchami wkładał ubrania. Nie było dla niego zdziwieniem, kiedy zobaczył, że ubrania pasują na niego idealnie. Obaj mężczyźni mieli podobną do siebie posturę. Wyszedł z łazienki i zobaczył, że Junsu spogląda na niego zaciekawionym wzrokiem. Aż tak źle wyglądał w jego odzieży? Wszystko było możliwe. Wciąż nie umiał uwierzyć, że ktokolwiek mógłby mu pomóc w sytuacji, w jakiej znajdował się poprzedniej nocy. Był bardzo wdzięczny losowi za to, że pozwolił im się spotać. Odkąd obaj przedstawili się sobie, nikt nie odezwał się ani słowem. Dorian był przezwyczajony do zabójczej i niezręcznej ciszy, jaka panowała w pomieszczeniu. Zawsze był raczej bierny we wszystkich rozmowach. Wolał słuchać, niż opowiadać. Uważał, że każdy ma jakąś rolę na świecie, a jego zadaniem było milczenie i szeptanie, jakby bał się, że głośniejsze wyrazy mogą go skrzywdzić. Prawie natychmiast po tym, jak chłopak przestał wpatrywać się w punkt na ścianie i rozmyślać, Azjata wspomniał o tym, że pora wybrać się na śniadanie. Sam nie miał nic przeciwko wyjściu z hotelu, więc pokiwał tylko potakująco głową i udał się do małego holu w pokoju. Szybkim wyćwiczonym krokiem ubrał buty i popatrzył wyczekująco na bruneta. Mimo tego, że trwała zima, dzisiejszego poranka przez okno wpadały poranne promienie słoneczne, które oświetlały bladą twarz Junsu. Wyglądał zjawiskowo i chłopakowi zdawało się, że mógłby patrzeć na jego urodę godzinami. Był ciekawy, czy mężczyzna posiadał dziewczynę. Z zamyślenia wyrwał go płaszcz, który narzucił mu na plecy. Chłopak odruchowo powiedział, że nie jest mu w zupełności potrzebny i wtedy sam Azjata zmarznie, a to byłaby ostatnia rzecz, jaką chciałby widzieć. Po kilku minutach protestu i namawiania, zgodził się wziąć odzienie pod warunkiem, że odda mu je od razu, gdy zauważy, że jest mu choć odrobinę zimno. Szybkim krokiem opuścili motel i udali się do najbliższej i jedynej znanej mu kawiarni. Śnieg iskrzył się wieloma kolorami i wszystko nadawało temu porankowi zadumy i nostalgii. Idąc, oboje wpatrywali się dookoła siebie i podziwiali miasto, jakim było Salem. Dorian chciał, by ta chwila trwała dłużej, ponieważ już po kilku minutach pojawili się przed znanym logiem kawiarni. Chłopak złapał z klamkę i wpuścił Junsu jako pierwszego. Do jego nozdrzy dotarł zapach cynamonowych bułeczek i innych słodkich wypieków. Często przychodził w takie miejsca z rodzicami, kiedy był mały. Może ten czas już nigdy nie powróci, ale chciał zatrzymać wszystkie osoby na których mu zależało, a te zdawały się znikać jak pękające, mydlane bańki. Spojrzał uważnie na chłopaka, gdyż wykorzystywał fakt, że ten uważnie wpatrywał się w ladę.
- To co zamawiasz? - zapytał cicho i wbił wzrok w podłogę.

Junsu? Mam nadzieję, że nie wyszło tak beznadziejnie, jak mi się zdaje...

wtorek, 13 lutego 2018

Od Junsu CD Doriana

Nie spodziewałem się spotkać znowu tego samego chłopaka. Proszenie go o pomoc nie była najlepszą decyzją w moim życiu, a przynajmniej tak sądziłem. Jednak, o dziwo, nieznajomy zaproponował pójście do hotelu, na co przystanąłem. Tak chyba będzie lepiej, przynajmniej tak sądziłem. Chłopak ruszył przed siebie, jakby wykonywał rozkazy, to wszystko wydawało się niedorzeczne, dopóki czegoś nie powiedziałem, on stał, nic nie mówiąc. Stał i marznął. Widziałem jak się trzęsie, jak cienki materiał ani trochę nie ocieplał jego ciała. Cicho westchnąłem, ruszając za nim do hotelu. 
Kilkukrotnie potknął się, tym samym powodując, że musiałem go złapać, żeby się nie przewrócił. Fakt, było mi obojętne, czy coś mu się stanie, czy też nie. Nie znałem go, jednak wyciągnięcie ręki było tutaj widziane. Szczególnie przez jego stan. Nie chodzi tylko o to, że był pijany, ale widać było w nim zagubienie, przynajmniej ja go tak postrzegałem w tamtej chwili, całkowicie go nie znając. 
Dojście do hotelu zajęło... wcale nie tak dużo czasu, co było dużym plusem. Wszedłem do środka budynku, przeszukując kieszenie. Klucze zostawiłem w recepcji, więc dlaczego teraz miałem je w kieszeni? No cóż, nie wnikam w to, jak tam się znalazły. To nie było ważne w tej chwili. 
Poszedłem w kierunku windy, naciskając odpowiedni przycisk, wyczekująco spoglądając na niego. Musiałem nadużywać swojej dobroci i pomocnej ręki do nieznajomego mi chłopaka. Zawahał się, widziałem to od razu, gdy tylko zadałem mu pytanie. Stał jak oniemiały, zastanawiając nad tym, co mu zaproponowałem. No fakt. Niecodziennie można dostać darmowy nocleg w czyimś pokoju hotelowym. Spanie na sofie dla niego będzie chyba najlepsze, dlatego też mu to zaproponowałem, na co i tak, chcąc czy nie chcąc, musiał przystać. 
Nadal musiałem stwarzać pozory normalnego człowieka, a nie nadprzyrodzonego, żywiącym się krwią żywych istot. 
Kiedy młodszy wszedł do środka, nie spuszczałem z niego wzroku. Jego ciało dygotało z zimna. Czekałem aż tylko zaśnie, co nastąpiło szybciej niż sądziłem. Podszedłem do łóżka hotelowego, zabierając z niego pościel, którą przeniosłem na swojego gościa. Jemu go się bardziej przyda niż mi. W końcu i tak spać nie pójdę, a zimna ani ciepła nie odczuwam tak, jak kiedyś. To nie ta rasa, żebym to wszystko odczuwał. Samego ciepła nie byłem w stanie nikomu dać, nawet jeśli bardzo bym tego pragnął. Moje serce nie było odkąd stałem się wampirem, ciepło ulotniło się szybciej niż bym sądził. Pozostało mi się męczyć z tym wszystkim przez kolejne lata. O ile ktoś nie postanowi spróbować mnie zabić na przeróżne sposoby. 
Przysiadłem na podłodze, tuż koło sofy. Przyglądałem się towarzyszowi, który spokojnie spał, przytulając się do pościeli, którą go przykryłem. 
Mimowolnie zerknąłem na jego szyje, nic nie robiąc. Mimo głodu, który mi towarzyszył, byłem w stanie się powstrzymać przed wyrządzeniem krzywdy, w szczególności zagubionej osobie.
Do rana siedziałem na podłodze, patrząc jak ten spokojnie oddycha, przytulając się kurczowo do ciepłego materiału, a z jego ust uciekło kilka pomruków. Jak tylko otworzył oczy, przeciągnął się i rozejrzał po pokoju, aż spojrzał na mnie. 
- Spokojnie, nie wyrzucę cię - mruknąłem, podnosząc się. - Chodź na śniadanie - powiedziałem, gdy ten podniósł się do siadu, dość niepewnie na mnie patrząc. Czytanie w myślach naprawdę się przydaje, ale wole o tym nic nie wspominać. - Ale najpierw idź się umyć. Dam ci jakieś ubrania na zmianę. Powinno pasować - przyznałem, zaczynając szukać czegoś na zmianę dla człowieka. - Właśnie. Jak mam się do ciebie zwracać? - zapytałem, gdy podałem mu czyste rzeczy, łącznie z nowymi bokserkami, nawet miały metkę, i skarpetkami. 
Gdy ten podniósł się z sofy, zrzucając z siebie kołdrę, wstał i podszedł, zabierając ode mnie ubrania z widocznym zawahaniem. Nic nie powiedziałem, jedynie obserwowałem jego ruchy, cicho wzdychając kiedy ten odwrócił ode mnie wzrok. Nie zjem go, nie mam takiego zamiaru. 
Był jak dziecko, które potrzebowało pomocy rodziców we wszystkich sprawach, z którymi nie był w stanie sobie poradzić samemu. 
Czekałem na odpowiedz z jego strony w kwestii imienia, co się przedłużało z każdą kolejną minutą.

Dorian? Wybacz za takie krótkie, ale w szkole ciężko mi się pisze. I za błędy także przepraszam.

piątek, 9 lutego 2018

Od Annabell CD Alucera

Spojrzałam na mężczyznę obawiając się jego wybuchu. Nie było tak, że bałam się go jako przedstawiciela likantropii, ale jako osobę dużo silniejszą ode mnie. Do tego przejawiającego agresywne zachowania. Czyli trzeba zacząć dobierać ostrożnie słowa. Westchnęłam próbując przypomnieć sobie coś z tej nocy. Oblizałam wargę zastanawiając się nad tym co się właściwie wydarzyło. 
-Obawiam się, że za bardzo ci nie pomogę -powiedziałam nie patrząc na niego.- Nie chodzi o to, że nie chcę. Serio, jakbym mogła chętnie bym ci pomogła. Po prostu...-przerwałam zastanawiając się nad tym, czy nie wywołam kolejnej zmiany koloru jego oczu. -Nie wiem, ile wiesz na temat mojej rasy, ale banshee popadają w... coś w rodzaju transu. Wiesz, wychodzę z domu do sklepu, a nagle znajduję się wiele kilometrów od domu w środku lasu nad trupem. Tak było i tego wieczoru. Tylko zamiast martwego ciała znalazłam wampira atakującego niewinne dziecko -powiedziałam skubiąc nogawkę spodni. 
Mężczyzna opadł z powrotem na krzesło, opierając ręce na oparciu. Zaciągnął się papierosem wwiercając we mnie swoje ciemne spojrzenie. Ciekawiło mnie, dlaczego właściwie tak uparł się na tego wampira. Rozumiem, wilkołaki i krwiopijcy to odwieczni wrogowie, jednak on zdecydowanie prowadził swoją własną wojnę. Domyślałam się, że może chodzić o żonę chłopaka. Wiedziałam jednak, że lepiej o to nie pytać, poza tym to jego prywatna sprawa. Wzięłam kubek w obie ręce i upiłam łyk przestygniętej już herbaty.
-Na pewno nic więcej nie pamiętasz? Czegokolwiek co mogłoby mnie naprowadzić na niego-zapytał wypuszczając dym i klepiąc psa, który widzą, że właściciel się uspokoił podszedł do niego.
Pokiwałam głową w milczeniu wykrzywiając usta w grymasie niezadowolenia. Byłam wręcz zła na siebie, że nie jestem w stanie powiedzieć mu więcej. Miałam mętlik w głowie, próbując przypomnieć sobie cokolwiek, nawet jak był ubrany. Podwinęłam nogę pod siebie, a rękę  oparłam o stół, aby następnie oprzeć na niej głowę. Palcami drugiej dłoni jeździłam po meblu rysując jakieś wzory. W tym momencie mnie olśniło.
-Symbol -powiedziałam, czując jak zapala się nade mną mentalna żarówka.
-Symbol? -Powiedział nie rozumiejąc o co mi chodzi. -Znowu jakiś odlot banshee, czy jakaś inna forma psychozy?
Podniosłam na niego wzrok. Jak mogłam o tym zapomnieć. Tak zignorować przeczucie, to wręcz powinno być karalne. Nie mam pojęcia jakim cudem udało mi się wymazać coś tak oczywistego i jednocześnie pomocnego.
-Przepraszam, po prostu właśnie coś mi się przypomniało -powiedziałam przenosząc wzrok na mężczyznę. -Kiedy ocknęłam się z transu zauważyłam znaki w śniegu. Mogłam nieświadomie je narysować za pomocą automatycznego pisania. W pierwszej chwili wydały mi się czymś mało ważnym, jednak teraz wiem, o co chodzi. Ma to związek z tatuażem...
-Jakim tatuażem? -Zapytał podsuwając krzesło bliżej mnie, jednak wciąż zachowując dystans.
-W pewnym momencie rękaw koszuli wampira podsunął się do góry i mogłam zauważyć tatuaż na jego lewej ręce. Były to te same znaki, które narysowałam na ziemi -powiedziałam i wzięłam kartkę wraz z ołówkiem, które leżały na stole. Nakreśliłam odpowiednio kreski tworząc dwa chińskie znaki. - Niektóre większe.. rody.. stada.. jak zwał tak zwał, znaczą swoich członków, aby uniknąć nieporozumień ze strony innych pobratyńców jak i innych istot. Ten znak -powiedziałam uderzając palcem w kartkę -oznacza sprawiedliwość. Może to być zwykły tatuaż lub oznaczenie przynależności.Możliwe, że ten osobnik się zbuntował, no chyba, że faktycznie należy do tych złych. Mam znajomego, który lubi wkładać palce między drzwi, więc wie sporo na temat istot zamieszkujących nasze miasto.
Uśmiechnęłam się kończąc herbatę oraz mój wywód. Byłam zadowolona z siebie, że udało mi się połączyć elementy układanki. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał już dobrą godzinę po dziesiątej. Czeka mnie jeszcze dużo pracy w mieszkaniu, a mój kot już pewnie spróbował uciec. Podziękowałam mu za gościnę i zaczęłam zbierać się do wyjścia, ale w ostatniej chwili odwróciłam się do Alucera.
-Nie myśl sobie, że nie wierzę w twoje umiejętności łowcze, jednak... Może mogłabym ci pomóc? No wiesz, przyciąga mnie śmierć, a wampiry często ją za sobą niosą. Mogę być przydatna, aby wykryć ich kolejne ataki -powiedziałam wykręcając sobie palce i spuszczając głowę.
Alucer?

Od Frey CD Matthewa

Uśmiechnęłam się zaspana do mężczyzny rozkładającego talerze. Co prawda, obudził mnie zapach dobiegający z kuchni, jednak mogłam stwierdzić, że mimo okropnego bólu głowy spowodowanego wczorajszą imprezą czułam się wyspana i dość wypoczęta. Zaśmiałam się cicho na roztrzepaną fryzurę policjanta i lekko zachrypnętym głosem się przywitałam
-Dzień dobry, Panie Vasco-mruknęłam przysłaniając oczy od promieni słonecznych przebijających się przez okno
Widząc przymrużone oczy z udawanym groźnym uśmiechem Matt`a zaśmiałam się posyłając łobuzierski uśmiech
-Nie zacząłem jeszcze godzin pracy-pogroził palcem- Jeszcze masz prawo mówić do mnie po imieniu
-Oj dobrze, dobrze- zaśmiałam się- Mogłeś mnie obudzić, pomogłabym przy śniadaniu
-Na szczęście sobie poradziłem- posłał mi uśmiech
Zakryłam usta z powodu ziewnięcia i usiadłam przy stole, na którym po chwili pojawił się stos naleśników. Uwielbiałam je jak nic innego, więc niczym dziwnym było ukazanie się w moich oczach iskierek szczęścia. Nałożyłam sobie przysmak i chwyciłam za dżem stojący obok talerza. Miałam lekki problem z odkręceniem słoika, ale na szczęście z pomocą ruszył mi Matt, unosząc w rozbawieniu kąciki ust. Wystawiając czubek języka posmarowałam naleśnika, po chwili krojąc go na kawałki
-Nie wiedziałam, że mężczyźni mogą tak dobrze gotować- powiedziałam z pełną buzią
Policjant przyjął komplement krótkim śmiechem. Byłam mu wdzięczna za nocleg i wykarmienie, jednak nie chciałam mu dalej przeszkadzać. Posprzątałam po śniadaniu i przebrałam się w swoje ubrania. Koszulkę chłopaka zabrałam ze sobą obiecując, że po upraniu jej pojawię się na komisariacie, aby ją oddać. Spakowałam wszystkie rzeczy i żegnając się z brunetem wyszłam na zimne powietrze. Zadzwoniłam po taksówkę i po piętnastu minutach znalazłam się pod swoim domem. Zapłaciłam taksówkarzowi i ruszyłam do budynku. Drzwi były zamknięte, a ja nie mogłam się dostać do środka. Zapomniałam, że nie mam ze sobą kluczy, a staruszka albo śpi, albo gdzieś wyszła. Koleżanki pewnie same nie wiedziały gdzie są, budząc się w obcych łóżkach, a mi nie zostawało nic innego jak nie udać się w kierunku lasu. Las w Salem znałam praktycznie jak własną kieszeń. Bawiłam się tu za dzieciaka i rozwijałam magiczną część siebie. Kierując się ledwo widoczną ścieżką dotarłam do niedużego drewnainego domku. Drewno spróchniałe od wilgoci skrzypiało pod każdym krokiem. Stare drzwi zatrzeszczały, a do moim nozdrzy dotarł nieprzyjemny zapach. Jednak przy kominku nadal wyczekiwały na użytek kilka kawałków drewna. Rozpaliłam ogień, który powoli zaczął ogrzewać budynek. Przyjrzałam się podłodze i widząc krzywą listwę, mocno ją pociągnęłam. Powoli wyciągnęłam z ukrytej szczeliny kilka książek, za których posiadanie łowcy mogli szybko znaleźć pretekst, aby się pozbyć ''wybryków natury''. Usiadłam na starym fotelu i przekładając skórzaną, grubą okładkę pogrążyłam się w lekturze

Matt?

środa, 7 lutego 2018

Od Doriana CD Junsu

Dorian nie myślał trzeźwo obejmując nieznajomego, pytając go i chcąc mu pomóc. Gdyby nie był pijany, napewno zarumieniłby się tylko i uciekł ze wstydu nie okazując emocji, a potem wróciłby znów do baru i upiłby się jeszcze bardziej, by zaropić swoje smutki w alkoholu. Jednak chłopak nie był trzeźwy. Był zrozpaczony, pijany i szukający jakiegokolwiek źródła pomocy, jaką mógłby mu oddać ktokolwiek. Jednak wszyscy ludzie, jakich napotkiwał na swojej drodze, okazywali się być egoistami, którzy strzegli źródła swojego szczęścia, nie chcąc się nim podzielić z kimkolwiek. Teraz, kiedy nawet wcześniej spotkany Azjata uważał go za jedynie szybką pomoc w znalezieniu drogi do baru, chłopak zdał sobie sprawę, jak bardzo niepotrzebnym człowiekiem musi być. Nie chciał go odprowadzać. Nie chciał znów przeżywać rozczarowania, kiedy chłopak zwyczajnie mu podziękuje i będzie musiał odejść. Nie chciał znów zostawać sam ze swoimi wszystkimi lękami. Był zmęczony wszystkimi przytłaczającymi emocjami, jakie przyżywał. Czuł na sobie wzrok mężczyzny. Wiedział, że patrzy na niego oczekująco i zastanawia się, czemu musiał trafić akurat na niego. Nikt raczej nie cieszy się z zziębniętego i pijanego przewodnika. Dorian nie chciał patrzeć w jego stronę. Wiedział, że jedyne co zobaczy, to rozczarowanie nieporadnością mężczyzny. Czuł, że z minuty na minutę coraz bardziej zamienia się w kostkę lodu, ponieważ zwiewna, lniana koszula nie ogrzewała w żaden sposób jego ciała. Nie chciał wypaść jeszcze słabiej w oczach bruneta, więc powstrzymywał szczękanie zębów, choć było to nadzwyczaj trudne. Nie miał zamiaru wracać do baru. Stwierdził, że spróbuje namówić go, by ten wrócił do hotelu. Wiedział, że jest niezbyt przekonujący.
- Nie chciałbyś wrócić do hotelu? Jest już późno. - powiedział.
W parku znów nastała martwa cisza. Z nosa Doriana wydostawały się obłoczki pary, a on sam nie był pewnien, ile czasu zajęło odpowiedzenie chłopakowi.
- Jeśli sądzisz, że tak będzie lepiej. - westchnął. - Zatem prowadź. - dodał szybko, kiedy zobaczył zakłopotanie w jego oczach.
Brunet ruszył od razu, jakby mechanicznie. Była to jedyna rzecz jaką potrafił robić. Wykonywać polecenia. Chyba, że sam próbował coś sobie rozkazać lub wytłumaczyć. Wtedy kończyło się to poważną klęską. Nawet nie patrzył za siebie, by sprawdzić, czy na pewno za nim idzie. Nie zastanawiał się, czy zmierza w dobrym kierunku. Nogi same kierowały go do celu. Wyłączył myślenie i patrzył się tępo przed siebie. Wyglądał, jakby wymienienie dwóch zdań z kimkolwiek wyprało go z jakichkolwiek emocji. Nie zamierzał analizować, jak spędzi jutrzejszy dzień, ile alkoholu wypije jutro. Liczyło się dla niego tylko dojście do hotelu. Z jednej strony zabójczo pragnął poznać Azjatę, a z drugiej jedyne o czym marzył, to uciec w najdalsze zakamarki tego miasta i zapomnieć o oczach, które sprawiały, że chciał, by to on został jego powiernikiem sekretów. Przed oczami co chwilę pojawiały mu się mroczki, które przepędzał szybkim mrugnięciem i zacięcie twierdził, że nic mu się nie dzieje i jest to sprawa niskiego ciśnienia. Przeciskał się przez wąskie uliczki i ślizgał na śliskiej drodze. Wiele razy nieznajomy musiał go potrzymywać, kiedy ten potykał się choćby o próg, co wprowadzało Doriana w niepokój, ponieważ okropnie bał się jego dotyku, jakby myślał, że ten wyrządzi mu jakąkolwiek krzywdę. Brunetowi coraz częściej miłość myliła się z nienawiścią, a strach z jego brakiem. Czasem ktoś, kogo znasz całe życie przestaje być kimś znanym i staje się nieznajomym w cudowny, przedziwny sposób. To właśnie czuł, gdy patrzył lub myślał o nim. Był mu zupełnie nieznany, ale podobało mu się to bardzo. Po kilkunastu minutach doszli na miejsce. Zatrzymał się i w milczeniu patrzył na mury hotelu. Wygląda na to, że chłopak był już wcześniej tutaj, ponieważ kiedy tylko przekroczyli próg budynku, wyciągnął klucze z kieszeni i podszedł do windy i wcisnął przycisk z drugim piętrem. Dorian wpatrywał się w niego w osłupieniu. Właśnie teraz nastała pora, by ten odszedł i zapomniał o chłopaku, zatapiając wszystko, co było z nim związane w alkoholu, jednak nie umiał się do tego zmusić. Azjata popatrzył na niego pośpiesznie.
- Nie idziesz? - zapytał.
Brunet był conajmniej w szoku. Chłopak wyraźnie oczekiwał, że on pojedzie z nim windą, do jego pokoju. Nie mógł przecież tego zrobić. Oczywiście, że był już cały przemarznięty i wykończony, ale jeszcze nigdy nie słyszał o tym, by ktoś zapraszał obcego do swojego lokum w hotelu.
- Ja? - szepnął cicho, ale tak, by był słyszalny.
Mężczyzna przewrócił oczami, wyraźnie zirytowany tym, że musi nadużywać swojej dobroci. 
- Wyglądasz okropnie. - rzucił. - Możesz spać na sofie, jeśli ci to nie przeszkadza.
Nie spodziewał się, że pozwoli mu siebie odprowadzić, nie mówiąc już o propozycji noclegu. Jednak zmęczenie wygrało z jego wachaniem i zgodził się na jego dobroduszną decyzję. Drogę od holu do pokoju przebyli w milczeniu. Dorian opierał się o ścianę idąc w kierunku numeru 194, który wyczytał z jego kluczy. Ledwo trzymał się na nogach. Słysząc szczęk otwierającego się zamka, zdał sobie sprawę, jak bardzo musiał być w tyle. Ostatkami sił przyśpieszył i wszedł do pokoju. Nie różnił się on zbytnio od tych, w których bywał. Nie dbał on zbytnio o to, jak źle teraz wygląda i jak źle musiał wypaść przy Azjacie. Ściagnął buty w przedpokoju i ruszył w stronę sofy. Położył się na jej przegu i zwinął się w kłębek. Wyglądał, jakby chciał zniknąć w tym jakże obszernym meblu. Nie pamiętał ile czasu zajęło mu zaśnięcie. Nie pamiętał łez, które spływały mu po policzkach. Nie pamiętał, jak bardzo zimno było mu, kiedy zasypiał. Jedyne co czuł, to wzrok mężczyzny, który spoczywał na nim, od chwili, w której przekroczył próg pokoju.

Junsu? Proszę cię, rusz tą fabułą.