Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Annabell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Annabell. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 lutego 2018

Od Annabell CD Matthewa

Uśmiechnęłam się widząc znajomego chłopaka. Jeszcze nigdy widok nikogo tak mnie nie uciszył.  Już bałam się, że będę skazana na własne nogi, a wtedy na pewno bym się spóźniła. Nie ma to jak dobre pierwsze wrażenie. Tak bardzo w moim stylu. W nocy łazić po lesie szukając trupów, a za dnia wszędzie się spóźniać. Podeszłam szybko do samochodu.
-Spadłeś mi z nieba -powiedziałam uśmiechając się do niego i wsiadając obok. -Już się bałam, że się nie wyrobię do pracy.
-No widzisz, los ci sprzyja. Wracałem akurat z roboty -powiedział wyjeżdżając z parkingu. -Stresik przed pierwszym dniem? -Zapytał szczerząc się jak głupi do sera.
-Coś ty jestem oazą spokoju -powiedziałam z sarkazmem wywracając oczami. -Jestem tak zdenerwowana, że rano zamiast podlać kwiaty prawie podlałam kota. Jak mam wytłumaczyć osobą niewiele młodszym ode mnie, że Shekspire był naprawdę genialny.
Chłopak zaśmiał się zerkając na mnie kątem oka.
-A czy ktoś kazał ci wybrać taki zawód? Mogłaś zostać na przykład... sprzątaczką -zażartował zerkając na mnie.
Przygryzłam wargę zastanawiając się czy przyznać się chłopakowi do tego czy jestem. Zasługiwał na prawdę, kryjąc mnie i moje niezbyt dokładne zeznania. Do tego był moim przyjacielem, a ich nie powinno się okłamywać. Z drugiej strony najzwyczajniej w świecie bałam się. Bałam się jego reakcji na taką nowinę, dodatkowo tego, że wyśmieje mnie. W końcu życie istot nadnaturalnych nie jest takie oczywiste dla wszystkich. Jednak coś w jego nocnych słowach nie dawało mi spokoju. Jakby próbował przekazać mi, że zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje lepiej niż myślę.
Zaparkował pod szkołą opierając jedną rękę na kierownicy i odwracając się w moją stronę. Spojrzałam w jego karmelowe tęczówki, w których widniało ogromne zmęczenie, zasłaniane przez wesołe błyski. Podjęłam decyzję.
-Znalazł byś dla mnie moment po południu? -Zapytałam przygryzając wargę. -Jestem ci winna wyjaśnienia, a teraz trochę krótko z czasem. 
-Jasne, zdzwonimy się jak skończysz -powiedział, gdy wysiadałam. 
Posłałam chłopakowi ostatni uśmiech gdy odjeżdżał i odwróciłam się w stronę placówki. Czas na rzeź.
Dzień mijał mi powoli, ale satysfakcjonująco. Po pierwszych dwóch lekcjach minął stres i wpadłam w pewien początkowy rytm. Krótkie przedstawienie się i lecimy z tematem. Była właśnie ósma godzinna lekcyjna, którą miałam z klasą, na końcówce swojej edukacji. Domyślałam się, że spokój panujący w klasie jest raczej spowodowany zmęczeniem niż dobrego zachowania klasy. Mi nieprzespana noc też dawała coraz bardziej w kość. Odwróciłam się po ponownym przejściu całej klasy dyktując notatkę na temat omawianej lektury. Przeniosłam wzrok na tablicę na której zapisałam cytat, ale znajdowało się tam coś zupełnie innego. Zamiast liter na czarnej powierzchni można było dostrzec runy nakreślone kredą, moim charakterem pisma. Zatrzymałam się na środku klasy przyglądając się swojemu "dziełu", jednocześnie przerywając dyktowanie.
-Wszystko w porządku? -Rozległ się czyjś głos, wyrywając mnie z zamyślenia.
-Tak, oczywiście -powiedziałam odwracając wzrok, kierując go na klasę kończąc notatkę. Zerknęłam ponownie na tablicę, gdzie znowu widniał cytat. -Zostało dziesięć minut do końca, ale was dziś trochę wcześniej. 
Klasa nie czekała długo, abym przypadkiem się nie rozmyśliła. Wyszłam z klasy i udałam się do pobliskiej łazienki. Podeszłam do umywalki i obmyłam szybkim ruchem twarz. Zaczynało kręcić mi się w głowie, a do moich nozdrzy wdarł się metaliczny zapach krwi. Oparłam się plecami o ścianę ciężko oddychając. Próbowałam zapanować nad nadchodzącą mocą , niosącą zapewne kolejną mało optymistyczną wizję świata. Usłyszałam otwierające się drzwi i zobaczyłam zielonooką dziewczynę, z którą właśnie skończyłam lekcje.
-Wszystko z panią dobrze? -Zapytała, o ile dobrze pamiętam, Frey. Pokiwałam w odpowiedzi, jednak, dziewczyna stała dalej mi się przyglądając. -Może jednak po kogoś pój...
Reszty jej słów nie słyszałam zagłuszone przez krzyki słyszane tylko przeze mnie. Zjechałam po ścianie chowając głowę w dłoniach, czując napierające na nią ciśnienie.
Jestem w jakimś magazynie. Dokoła czuć metaliczny zapach świeżej krwi, przeplatany wonią zgnilizny i... Farby? Tak to zdecydowanie farba. Rozglądam się dokoła szukając jakiś wskazówek, gdzie się znajduję i w jakim czasie. W pomieszczeniu panowała niczym niezmącona ciemność. Zrobiłam krok do tyłu i poczułam, że na czymś ustałam. W tym momencie księżyc oświetlił cały magazyn przez dziurę w suficie. Ściany były zapełnione runami, takimi samymi jakie widziałam w klasie. Odwróciłam się chcąc zobaczyć na czym stanęłam. Serce zatrzymało się, a żołądek zawiązał mi się w supeł. Za mną znajdowała się góra... Góra stworzona z około dwadzieścioro osób, a tym czymś na czym stanęłam okazała się dłoń jakiejś kobiety. Nie było jakiegoś określonego wzoru dla tych osób. Młodzi i starzy. Kobiety, mężczyźni i dzieci. Chorzy i zdrowi. Każdy mógł tu leżeć. Odwróciłam wzrok od tego widoku patrząc przed siebie i powstrzymując nadchodzące wymioty. Przede mną stała tyłem jakaś postać. Z tej odległości i w tym oświetleniu ciężko było, kto to jest. Jednak byłam pewna, że go znam. Dałabym sobie rękę uciąć, że go znam. Tylko skąd. Ta sylwetka była tak znajoma... W pewnym momencie postać odwróciła się. W tym momencie moje uszy zaatakował krzyk tysiąca, jak nie miliona głosów. Zatykałam uszy, jednak na nic to się zdawało. Widziałam krew spływającą po rękach postaci, która ruszyła na mnie. Zamknęłam oczy, czując narastający we mnie krzyk.
Ocknęłam się z wizji z krzykiem, powodując stłuczenie wszystkich luster w łazience. Całe szczęście okno wytrzymało. Zachłysnęłam się powietrzem, wpatrując się przed siebie szeroko rozwartymi oczami, w momencie gdy do pomieszczenia wpadła Frey wraz z... Mattem? A co on tu do stu piorunów robi? Podbiegł do mnie, kiedy ja powoli próbowałam podnieść się na nogi. Trzęsłam się jak galaretka, kiedy przygarnął mnie do siebie.
-Ej, już spokojnie. Co jest Anna? -Zapytał głaszcząc mnie po włosach. 
-Nie tu -powiedziałam zerkając na lekko... wystraszoną dziewczynę w drzwiach. Cała łazienka wyglądała jak po przejściu tornada. -Dziękuję za pomoc, Frey. Lepiej zmykaj stąd za nim ktoś cię zobaczy i oskarży o ten burdel.
Wyszliśmy z pomieszczenia na korytarz. Ustałam czekając aż chłopak skończy rozmawiać z dziewczyną. Wyszliśmy ze szkoły, a chłopka praktycznie wsadził mnie do samochodu. Ruszyła z parkingu jadą tylko w sobie znanym kierunku.
-Chyba muszę ci wyjaśnić, czego świadkiem byłeś -zaczęłam po cichu, patrząc na wciąż na moje trzęsące się ręce. -Bo widzisz...
-Jesteś banshee i miałaś właśnie... wizję... atak mocy... jak zwał tak zwał. Nie mylę się? -Powiedział z poważną miną, zerkając na mnie.
Zaczerpnęłam gwałtownie powietrza patrząc na spokojnego chłopaka.
-Skąd wiesz? -Zapytała lekko przestraszona.
Matt?

piątek, 9 lutego 2018

Od Annabell CD Alucera

Spojrzałam na mężczyznę obawiając się jego wybuchu. Nie było tak, że bałam się go jako przedstawiciela likantropii, ale jako osobę dużo silniejszą ode mnie. Do tego przejawiającego agresywne zachowania. Czyli trzeba zacząć dobierać ostrożnie słowa. Westchnęłam próbując przypomnieć sobie coś z tej nocy. Oblizałam wargę zastanawiając się nad tym co się właściwie wydarzyło. 
-Obawiam się, że za bardzo ci nie pomogę -powiedziałam nie patrząc na niego.- Nie chodzi o to, że nie chcę. Serio, jakbym mogła chętnie bym ci pomogła. Po prostu...-przerwałam zastanawiając się nad tym, czy nie wywołam kolejnej zmiany koloru jego oczu. -Nie wiem, ile wiesz na temat mojej rasy, ale banshee popadają w... coś w rodzaju transu. Wiesz, wychodzę z domu do sklepu, a nagle znajduję się wiele kilometrów od domu w środku lasu nad trupem. Tak było i tego wieczoru. Tylko zamiast martwego ciała znalazłam wampira atakującego niewinne dziecko -powiedziałam skubiąc nogawkę spodni. 
Mężczyzna opadł z powrotem na krzesło, opierając ręce na oparciu. Zaciągnął się papierosem wwiercając we mnie swoje ciemne spojrzenie. Ciekawiło mnie, dlaczego właściwie tak uparł się na tego wampira. Rozumiem, wilkołaki i krwiopijcy to odwieczni wrogowie, jednak on zdecydowanie prowadził swoją własną wojnę. Domyślałam się, że może chodzić o żonę chłopaka. Wiedziałam jednak, że lepiej o to nie pytać, poza tym to jego prywatna sprawa. Wzięłam kubek w obie ręce i upiłam łyk przestygniętej już herbaty.
-Na pewno nic więcej nie pamiętasz? Czegokolwiek co mogłoby mnie naprowadzić na niego-zapytał wypuszczając dym i klepiąc psa, który widzą, że właściciel się uspokoił podszedł do niego.
Pokiwałam głową w milczeniu wykrzywiając usta w grymasie niezadowolenia. Byłam wręcz zła na siebie, że nie jestem w stanie powiedzieć mu więcej. Miałam mętlik w głowie, próbując przypomnieć sobie cokolwiek, nawet jak był ubrany. Podwinęłam nogę pod siebie, a rękę  oparłam o stół, aby następnie oprzeć na niej głowę. Palcami drugiej dłoni jeździłam po meblu rysując jakieś wzory. W tym momencie mnie olśniło.
-Symbol -powiedziałam, czując jak zapala się nade mną mentalna żarówka.
-Symbol? -Powiedział nie rozumiejąc o co mi chodzi. -Znowu jakiś odlot banshee, czy jakaś inna forma psychozy?
Podniosłam na niego wzrok. Jak mogłam o tym zapomnieć. Tak zignorować przeczucie, to wręcz powinno być karalne. Nie mam pojęcia jakim cudem udało mi się wymazać coś tak oczywistego i jednocześnie pomocnego.
-Przepraszam, po prostu właśnie coś mi się przypomniało -powiedziałam przenosząc wzrok na mężczyznę. -Kiedy ocknęłam się z transu zauważyłam znaki w śniegu. Mogłam nieświadomie je narysować za pomocą automatycznego pisania. W pierwszej chwili wydały mi się czymś mało ważnym, jednak teraz wiem, o co chodzi. Ma to związek z tatuażem...
-Jakim tatuażem? -Zapytał podsuwając krzesło bliżej mnie, jednak wciąż zachowując dystans.
-W pewnym momencie rękaw koszuli wampira podsunął się do góry i mogłam zauważyć tatuaż na jego lewej ręce. Były to te same znaki, które narysowałam na ziemi -powiedziałam i wzięłam kartkę wraz z ołówkiem, które leżały na stole. Nakreśliłam odpowiednio kreski tworząc dwa chińskie znaki. - Niektóre większe.. rody.. stada.. jak zwał tak zwał, znaczą swoich członków, aby uniknąć nieporozumień ze strony innych pobratyńców jak i innych istot. Ten znak -powiedziałam uderzając palcem w kartkę -oznacza sprawiedliwość. Może to być zwykły tatuaż lub oznaczenie przynależności.Możliwe, że ten osobnik się zbuntował, no chyba, że faktycznie należy do tych złych. Mam znajomego, który lubi wkładać palce między drzwi, więc wie sporo na temat istot zamieszkujących nasze miasto.
Uśmiechnęłam się kończąc herbatę oraz mój wywód. Byłam zadowolona z siebie, że udało mi się połączyć elementy układanki. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał już dobrą godzinę po dziesiątej. Czeka mnie jeszcze dużo pracy w mieszkaniu, a mój kot już pewnie spróbował uciec. Podziękowałam mu za gościnę i zaczęłam zbierać się do wyjścia, ale w ostatniej chwili odwróciłam się do Alucera.
-Nie myśl sobie, że nie wierzę w twoje umiejętności łowcze, jednak... Może mogłabym ci pomóc? No wiesz, przyciąga mnie śmierć, a wampiry często ją za sobą niosą. Mogę być przydatna, aby wykryć ich kolejne ataki -powiedziałam wykręcając sobie palce i spuszczając głowę.
Alucer?

czwartek, 25 stycznia 2018

Od Annabell cd Alucera


Udało wyrwać mi się z objęć Morfeusza i unieść straszliwie ciężkie powieki do góry. Nie wiedziałam co się dzieje, ale tępy ból głowy wskazywał na mocne uderzenie. Powoli wracały wydarzenia... ostatniej nocy. Przynajmniej mam taką nadzieję, że zdarzyło się to ostatniej nocy, gdyż nie mam pojęcia jak długo spałam. Usiadłam na łóżku rozglądając się po pomieszczeniu. W pomieszczeniu panowały kolory, które ocieplały pomieszczenie. Przez okno do pomieszczenia zaczęły wpadać ciepłe promienie zimowego słońca, odbijające się od białego śniegu, przez co zdawały się jeszcze jaśniejsze. Podrapałam się po głowie, próbując uporządkować co się wydarzyło tej nocy. No tak. Moce banshee... Znowu... Ocknęłam się w parku, widząc wampira, który atakował jakieś dziecko. Pierwszy raz użyłam krzyku banshee, o którym opowiadała mi Alma. Odtrąciłam nim przerażoną dziewczynkę, przez co upadłam i uderzyłam głową o ziemię. Dziecko uciekło, zapewne do domu po drodze zabierając rower. Wtedy istota rzuciła się na mnie...Ostatnie co pamiętam to... Warkot? Może był to jakiś pies? Albo.... Wilkołak. Dobra, czas ogarnąć co się tu właściwie dzieje. Na porwanie przez kosmitów, raczej mi to nie wygląda, chociaż kto go tam wie. Istnieją wampiry, banshee, wilkołaki, to dlaczego nie kosmici. Podniosłam się z wygodnego łóżka, w celu nalezienia właściciela tego domu. Mój wzrok zatrzymał się na chwilę na figurce stojącej na biurku. Przestań dziewczyno, jakby chciał ci zaszkodzić to zostawiłby cię w tym przeklętym parku. Wzięłam głęboki wdech i nacisnęłam klamkę od drzwi sypialni. Ruszyłam korytarzem w stronę odgłosów z kuchni. Byłam jakieś dziesięć metrów od wejścia do pomieszczenia, gdy za rogu wychylił się rdzawy pies. Nie przypominał mi zwykłego domowego zwierzaka. Odwrócił głowę w moją stronę i zaczął warczeć, alarmując swojego właściciela. Stanęłam ze spokojem obserwując zachowanie psa. W końcu z kuchni wychylił się przystojny mężczyzna, wycierający ręce w ręcznik.
-Sydney, spokój! -Powiedział do psa, a ten natychmiastowo się uspokoił.
Podszedł grzecznie do właściciela, jednak wciąż uważnie mnie obserwował. Chłopak odłożył ręcznik i zgasił papierosa w popielniczce. Wydawało mi się, że jest nie wiele starszy ode mnie. Złożył ręce na piersi i oparł się o futrynę drzwi.
-Śpiąca królewna się obudziła. Dobrze się spało? -Zapytał bez grama uśmiechu.
-Nie narzekam. Chociaż dziwnie jest się ocknąć w nieznanym miejscu, po ataku wampira.
-Coś go przegoniło -powiedział podnosząc kubek z pobliskiego blatu i upił łyk płynu z naczynia. -Chcesz coś do picia? -Zapytał w końcu, mierząc mnie wzrokiem.
-Tak, poproszę herbatę, jeśli to nie problem-powiedziałam uśmiechając się delikatnie.
Weszłam za mężczyzną do kuchni. Wstawił wodę w czajniku i odpalił starą kuchenkę. Pies plątał się pod nogami właściciela. Panowała lekko niezręczna cisza, która biorąc pod uwagę całą sytuację była jak najbardziej zrozumiała. Znajduję się w domu nieznanego mężczyzny, który najnormalniej w świecie parzył mi herbatę. Cała ,,scenka" wyglądała dość komicznie, nawet nie wiedziałam jak on się nazywa.
-Tak w ogóle to jestem Annabell. Jak ta lalka z horroru, ale spokojnie nie morduję nikogo po nocach-powiedziałam próbując lekko rozładować atmosferę, co wyszło dość żałośnie. -A mój wybawca ma jakieś mię?
-Jestem Alucer -powiedział wyciągając kubek z szafki.
Uśmiechnęłam się pochylając głowę i patrząc w podłogę. W końcu uniosłam ją powoli mówiąc:

-Dziękuję -odwrócił się do mnie marszcząc brwi. -Że mnie tam nie zostawiłeś-dodałam szybko uśmiechając się szeroko.- Większość ludzi po prostu by mnie zostawili tam, na pastwę losu. Jednak ty mi pomogłeś, za co jestem ci bardzo wdzięczna -powiedziałam bawiąc się palcami.
-Nie powinnaś chodzić po nocy -powiedział jedynie podając mi kubek. 
-Tak trochę nie zależało to ode mnie. Znalazłam tam się przypadkiem. Mam nadzieję, że wciąż jestem w Salem-powiedziałam, a chłopak kiwnął twierdząco głową, patrząc na mnie jak na wariatkę. -Tak, wiem dziwnie to zabrzmiało, ale zdarza mi się odejść trochę za miasto-odparłam, a mój wzrok skierował się na psa. -Co to za rasa? -Zapytałam zmieniając szybko temat.

Alucer?

sobota, 20 stycznia 2018

Od Annabell do Matthew'a


Salem. Ostatni raz byłam tu z dziewięć lat temu, a jednak miasto wciąż wyglądało tak samo. Jakby czas zatrzymał się w obliczu codzienności i nigdzie nie śpiesząc się czekał na wielkie wydarzenie. Ludzie czekają do czasu uzyskania pełnoletności, aby uciec stąd jak najdalej. Niby zwykłe, dla niektórych nic nie znaczące miasteczko, dla mnie oznaczało nowy początek. Mury tego miasta pamiętają mnie tylko jako małą niewinna dziewczynkę, która nie mogła pojąć, dlaczego jej babcia została zabrana z domu. Dlaczego mama nigdy o niej nie mówi, a jak już się to wydarzy zwraca się o niej per ,,Wariatka". Niestety to dziedzictwo musiało wybrać właśnie mnie i nadać mi taką samą nazwę w innych częściach kraju. Ale w końcu nadszedł tego kres. Zaczynam nową, nie zapisaną jeszcze kartę mojego życia. Dziś oficjalnie zakończyłam przeprowadzkę do nowego mieszkania i właśnie jechałam w stronę mieszkania z ostatnią partią ubrań i kotem w transporterze. Bębniłam palcami w kierownicę przemierzając tak dobrze mi znane ulice. Uśmiechałam się do mijanych ławek, na których przeżywałam dziecięce bunty, kiedy byłam zmęczona po zabawie na placu zabaw. Chodniki, nie wymieniane od czasów, kiedy zdarłam sobie na nich kolana, ucząc się jazdy na rolkach. Śnieg leżący na dachach dodawał niezwykłego uroku całej okolicy. Miasteczko wyglądało jak z bajki.
Zatrzymałam się na skrzyżowaniu, gdzie na rogu mieściła się moja ulubiona lodziarnia, w której lub raczej na jej schodach spędzałam czas wraz z Mattem, a od czasu do czasu z resztą naszej paczki. Obserwowaliśmy mijających nas ludzi  lub wymyślając niestworzone historie, czasem nawet o zwykłych przedmiotach codziennego użytku. Uśmiechnęłam się sama do siebie pod wpływem wspomnień. Dawniej z Mattem byliśmy nierozłączni. Wszędzie zjawialiśmy się razem i wpadaliśmy w te same tarapaty. Po moim wyjeździe spędzaliśmy godziny na rozmowach telefonicznych... Ah, te awantury z mamą o rachunek za telefon. I nagle półtora roku temu, nasz kontakt się urwał. Oboje wkroczyliśmy w końcowe etapy edukacji, gdzie musieliśmy wypaść jak najlepiej. Do tego doszły problemy z partnerami. I tak jakoś wyszło. Wielokrotnie zastanawiałam się, czy do niego nie napisać, ale bałam się, że mu przeszkodzę lub na robię problemów. A teraz kiedy wróciłam do moich korzeni, łapałam się na tym, że chwytał mnie lęk przed spotkaniem z nim. Byłam pełna obaw, że między nami nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Że jeśli jakimś cudem, dowie się o mojej drugiej naturze, nie będzie chciał mnie znać. A moje moce banshee coraz bardziej dawały się we znaki. Prześladowało mnie coś wzór warkotu i dźwięków rozdzierania.  Z minuty na minutę miałam większą ochotę krzyknąć, aby móc się skupić, jednak był to słaby pomysł. Krzyk banshee w centrum miasta na pewno zostałby zauważony. Zaparkowałam pod odpowiednim blokiem i wysiadłam z samochodu. W moje nozdrza wpadł zwykły zapach miasta, tak inny od lekkiego powietrza wsi. Zabrałam walizkę oraz  transporter z kotką i ruszyłam do mieszkania. Weszłam, rzuciłam klucze na blat kuchenny i wypuściłam Aurorę. Zwierzak zaczął biegać po nowym domu zapoznając się z każdym kątem. Przebrałam się w wygodny dres i zabrałam się za kończenie składania ostatniego regału. Ja mała biedna blondynka przeciw wielkiej szafce, na całą ścianę. Zapowiada się cudownie. Po czterech godzinach podałam na wznak na podłodze. Kotka od godziny oglądała moje poczynania, leniwie liżąc łapki.
-Ładnie tak się z pani śmiać? -Powiedziałam patrząc nią.
Zostawiłam regał, a w zasadzie trzy skręcone deski i zabrałam się za wieszanie moich ulubionych zdjęć, zajadając w międzyczasie kanapki. Wieczorem padłam na łóżko tak jak stałam i nie wiem kiedy zasnęłam.

Wzięłam głęboki oddech i krztusząc się powietrzem, upadłam na kolana. Nie wiedziałam, gdzie jestem, ale jedno wiedziałam na sto procent. Właśnie znajdowałam się w lesie przyprowadzona przez moce banshee i lada moment znajdę coś, co mi się nie spodoba. Miejsce którego nie znam, środek nocy i oczywiście pełnia. Tylko czekać aż mnie coś dowie i zabije. No dobra, tego nie odczuwam jako banshee, ale załączył mi się pesymista. Robiąc najgłupszą rzecz na świecie i ruszyłam przed siebie. Bez powodu się tu nie znalazłam. Ignorując narastające poczucie strachu, szłam przez las w nieznanym kierunku. Spokojnie, wcale nie zachowujesz się jak wariatka idąc w taki mróz w dresie oraz cienkiej bluzie przez nieznany las, rozkopując śnieg wokół siebie. Księżyc odbijał się od śniegu rozświetlając okolicę na tyle, abym widziała najbliższą przestrzeń przede mną. W pewnym momencie na ścieżce przede mną zajaśniały czerwone plamy na jasnej powierzchni okrytej ziemi.  Ruszyłam za nimi, domyślając się co spotkam na ich końcu. W końcu banshee przywołuje tylko jedno... Śmierć. W końcu dotarłam do tego miejsca. Krwi z każdym krokiem było coraz więcej, aż w końcu je dojrzałam. Ciała młodych chłopaków i dziewczyny, na oko niewiele młodszych ode mnie. Z mojego gardła wyrwał się krzyk, słyszalny za pewne w ogromnej odległości. Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam na policję. Nie wiedziałam, gdzie się znajduję, ale udało im się mnie namierzyć. Po około pół godziny przestrzeń wokół rozjaśniły światła radiowozów. Chłód coraz bardziej dawał mi się we znaki, przez co trzęsłam się jak galaretka, kiedy podszedł do mnie jakiś policjant. Zaczął mnie o wszystko wypytywać, jednak średnio rozumiał co do niego mówię, budząc we mnie irytację. W pewnym momencie z nowo przybyłego radiowozu wysiadł młody policjant. Wystarczyło jedno spojrzenie, abym go rozpoznała. Chłopak podszedł do nas patrząc na mnie z zaskoczeniem.
-Anna? Co ty tu robisz? -zapytał mocno zaskoczony moim widokiem.
-Dobre pytanie, znajduję trupy też miło Cię widzieć -powiedziałam przytulając się do niego. -Możesz wytłumaczyć swojemu koledze, że lunatykowałam i nie wiem co właściwie tu robię, a ciała znalazłam przypadkiem...
- Ej powoli -zaśmiał się. -  Jakaś ty zimna -powiedział odsuwając się ode mnie i ściągając kurtkę.
-Co ty robisz? Nie chcę mieć cię na sumieniu, jak będziesz umierał na katar- powiedziałam, kiedy nakrył mnie kurtką.
-Bez dyskusji. A teraz idziemy spisać zeznania -powiedział prowadząc mnie bliżej radiowozu.  - Co tu robiłaś?
-Przepraszam Cię,  ale to nie jest odpowiednie miejsce i czas na taką rozmowę -schyliłam głowę lekko zawstydzona, że nie mogę mu się przyznać odnośnie mojej drugiej naturze. -Przyrzekam ci, że wszystko ci wyjaśnię, ale nie w tej chwili.
-No dobra -powiedział nie do końca przekonany. -A co ty tu właściwie robisz?
Uśmiechnęłam się do niego.
-Wróciłam do Salem. Na stałe, a przynajmniej dopóki nie postanowię się wyprowadzić.

Matt?


wtorek, 16 stycznia 2018

NOWI " Tylko wariaci są coś warci "


Imię i nazwisko: Annabell Lovegood
Pseudonim: Ludzie wołają na nią po prostu Anna lub Bella, mimo iż to drugie pochodzi od zupełnie innego imienia.
Wiek: 23 lata
Płeć: kobieta
Orientacja: hetero
Rodzina:
-Edward Lovegood-ojciec dziewczyny. Przez jej moce uważa ją za nieobliczalną wariatkę, jednakże wciąż ją kocha. Może liczyć na jego wsparcie, jednakże woli trzymać ją na mały dystans.
-Natalie Lovegood-matka dziewczyny. Wciąż nie może pogodzić się z tym, że ,,rodzinna klątwa" dopadła właśnie nią.
-Castiel Lovegood- starszy brat dziewczyny. Pracuje w  banku w Nowym Jorku. Czasem wraca do rodzinnego miasta na weekend. Ma całkiem niezły kontakt z siostrą.
Rasa: Banshee-określenie to odnosi się do kobiety, która była pośrednictwem między światem realnym, a nadnaturalnym. Była brana za zwiastunkę śmieci. Banshee można się urodzić, ale nie zawsze okazywać moce. Czasem załączają się po latach, a niejednokrotnie potrzeba impulsu, którym jest ugryzienie wilkołaka. Ale jaką rolę przyjmują banshee w dzisiejszych czasach? Wciąż taką samą. Przyciąga je śmierć, czasem popadają w swego rodzaju trans i odnajdują ciała zmarłych. Wyczuwają śmierć  osób i mogą je przed nią ostrzec, jednak kto by tam słuchał jakiejś nastolatki. Słyszą głosy zmarłych i dźwięki, które towarzyszyły takiej osobie podczas zgonu. Za pomocą pisma sterowanego, aby pozyskać potrzebne informacje odnośnie nadchodzącej jak i  dawnej śmierci. Krzyk pomaga im się uspokoić i wychwycić potrzebną informację oraz jako broń. Legenda głosi, że ostatni krzyk banshee wydawany na łożu śmieci potrafi wybić całe miasto. Są odporne na ugryzienia innych nadprzyrodzonych istot, jednak mogą chorować i zostać zranione jak zwykły człowiek.
Pochodzenie: Urodziła się w Salem i tu się wychowywała.
Status: Jest nauczycielką angielskiego w pobliskiej szkole średniej.

Charakter:  Czy ktoś, kto przewiduje śmierć może być optymistą? Ależ oczywiście, czego dowodem jest ta dziewczyna. W każdej mało poważniej sytuacji stara się znaleźć coś pozytywnego. Wyznaje zasadę bez ryzyka nie ma zabawy, jednak wie, kiedy skończyć. Nie chce niczego planować i woli ponieść się chwili. Ma nieszablonowe pomysły na spędzanie wolnego czasu. W jej przypadku odwaga idzie w parze z rozsądkiem. Należy do osób, których wszędzie pełno i nielubiących siedzieć bezczynnie. Lubi się uśmiechać i żartować, a przede wszystkim  zarażać innych swoim dobrym humorem. Najważniejsze jest dla niej zdanie rodziny, a przede wszystkim brata, z którym ma bardzo silną więź. Jest towarzyska, ale nie ufa od razu pierwszej lepszej osobie. Jest romantyczką i liczy na wielką miłość, jak z hollywoodzkiej produkcji. Najbardziej nie lubi w sobie tego, że za szybko się zakochuje, co wielokrotnie prowadziło do złamania jej serca. Prze jej ,,przypadłość" jest  raczej zamkniętą w sobie osobą, ale nie ucieka od nowych znajomości.

Historia: Pewna mała na oko około sześcioletnia, dziewczynka wraz z przyjacielem Mattem stali przyklejeni uszami do drzwi. Próbowali podsłuchać co dzieje się w pokoju jej babci, której nie widziała od tygodnia.
-Nie wiem co robić-usłyszała głos swojej mamy. - Cały czas mówi, że słyszy krzyki  wuja Bernarda, podczas wybuch bomby, kiedy zmarł na wojnie. Twierdzi, że jutro stary Felton umrze, a przecież on jest zdrów jak ryba. Boję się, że zaczyna wariować, jak babka.
-Spokojnie-powiedział jej mąż. Dzieci spojrzały po sobie próbując rozszyfrować, o co może chodzić z prababcią dziewczynki. - Samanta zaczęła wariować w o wiele młodszym wieku.
-Tak, ale te ugryzienie na je nadgarstku wygląda dziwnie. Może to coś wyzwoliło chorobę babki i mama też na to zachorowała?

***
-Mama powiedziała, że tu nie jest bezpiecznie i musimy się wyprowadzić-powiedziała smutnym głosem dziewczyna, patrząc na chłopaka.
Miała około trzynastu lat, a wczoraj jej matka wpadła do domu ogłaszając, że pakują się i wyjeżdżają. Została wezwana do zakładu psychiatrycznego, w którym dawno temu zamknęli babcię dziewczyny i gdzie popełniła samobójstwo tydzień po umieszczeniu tam. Podobno odkryli co było jej babci .
-Wyjeżdżamy do Arizony. Mam mówi, że jest tam całkiem ładnie-powiedziała, a po jej policzkach popłynęły łzy. Chłopak przygarnął ją do siebie, a ona wtuliła się w jego ramię. -Obiecaj mi, że nie zerwiemy kontaktu.
-Obiecuję.

***
Biegła ile sił przez las. Wiedziała, że mu nie ucieknie miała piętnaście lat i naprawdę nie chciała umierać. Z drugiej strony sama się o to prosiła chodząc w pełnię po ciemnym lesie, szukając czegoś niezwykłego. I znalazła. Wilkołaka. Gonił ją dobrze się bawiąc widząc jej strach. W końcu lekko zaczęła nudzić go powolna pogoń za przerażoną dziewczyną i zatopił zęby w jej ramieniu. Dziewczyna upadła krzycząc z bólu. Tak oto doszło do przebudzenia genów banshee. Miesiąc później, podczas kolejnej pełni zaczęła słyszeć dziwny dźwięk, niesłyszalny przez nikogo innego, niż ona. Zignorowała to, nie mówiąc matce, aby nie skończyć jak babcia. W nocy ocknęła się w środku lasu, stojąc nad ciałem zagryzionego mężczyzny krzycząc ile sił w płucach. Odnalazła ją inna banshee, która pomogła jej i wytłumaczyła co się z nią dzieje. Po skończonych studiach postanowiła wrócić do dawnego miejsca zamieszkania i podjąć pracę jako nauczycielka w szkole średniej.

Aparycja: Dziewczyna mierzy metr siedemdziesiąt jeden. Jest raczej szczupła, jednakże natura nie była skąpa w kobiecych atutach. Zdecydowanie nie ma kompleksów na punkcie swojego wyglądu. Blond włosy opadają jej falami do połowy pleców. Czasem je prostuje lub spina w koka albo kucyka. Jej oczy w zależności od światła przyjmują kolory od niebieskiego do zielonego. Urodę podkreśla delikatnym makijażem, z którym zdecydowanie nie lubi przesadzać. Do ulubionych kolorów należą czerń, biel, kremowy i pastelowe. Kocha chodzić w wysokich obcasach, jednak nosi je raczej do spódnic i sukienek. Jej ulubioną częścią garderoby są swetry. Posiada ich ogromne ilości.

Zainteresowania/Ciekawostki: Dziewczyna po przeprowadzce należała raczej do samotniczek, dzięki czemu skupiła się na malowaniu. Nie najgorzej wychodzi jej malowanie postaci rzeczywistych jak i  abstrakcyjnych. Martwa natura  i  ożywiona. Często denerwuje się, kiedy jej coś nie wychodzi. Często wychodzi na miasto, aby znaleźć jakiś obiekt do rysowania. Jedną z rzeczy które dziewczyna chciałaby robić jest podróżowanie. W najdłuższe wakacje życia, sporo świata widziała, ale ma nadzieję, że uda się jej jeszcze więcej go zobaczyć. Ze sportów uprawia jeździectwo oraz uczy się tańca klasycznego. Bardzo lubi spędzać wieczory pogrążając się w dobrej lekturze.
Towarzysz: Aurora

Kontakt: patrycjaz1999@gmail.com