piątek, 2 lutego 2018

Od Junsu CD Doriana


Przyglądałem się plamie na ubraniu. Czułem, że to będzie ciężkie do sprania, a raczej odór, który może się utrzymywać dłuższy czas, szczególnie jak wrócę zdecydowanie później do hotelu. Chociaż, kto wie. Są różne proszki „cuda”, może one coś zdziałają?
Zachowanie nieznajomego było dla mnie niecodzienne. Wcześniej nie spotkałem się z czymś takim. Czy powinienem był się tym przejmować? Raczej nie. Zapewne to było pierwsze i ostatnie spotkanie tej osoby, a przynajmniej tak zakładałem. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro.
W mojej głowie powstał mętlik, który spowodowany był nietypowym zachowaniem nieznajomego. Jednak mimo wszystko i tam poszedłem w głąb baru, nie zwracając już uwagi na natrętne spojrzenia w moją stronę. Myśli większości klientów opierała się na seksie, jakichś używkach i innych tego typu. Mało kto racjonalnie myślał i wiedział, co tak naprawdę się stało. Jednak takie osoby tutaj nadal się znajdowały, tylko bardziej ukryte, prawdopodobnie siedzące wśród pijanych osób bądź w samotności, gdzieś w rogu lokalu, gdzie ich nie widać.
Jednakże postanowiłem, że nie opłaca się szukać tych poszczególnych person. Nie warto tego robić, gdy i tak za jakiś czas ja stąd zniknę bądź oni. W tej chwili najlepiej cieszyć się z chwili, która obecnie trwała.
Chociaż zawsze tak powtarzam, ale to już nieważne.
Usiadłem przy barze, zamawiając na początek słabego drinka. Nie chciałem zaczynać od razu od najgorszych trunków, w końcu nie miałem zamiaru się upić jak świnia. Nie w tym rzecz.
Zastanawiając się tak przez dłuższą chwilę, ludzki alkohol nie działa na wampira tak, jak na normalnego człowieka. Wyrabiane są specjalne trunki na nasz gatunek, choć różnie w życiu bywa i niektórzy krwiopijcy potrafią się upić zwykłym alkoholem.
Pokręciłem słabo głową, biorąc do ręki kieliszek, którym delikatnie potrząsnąłem. Ciecz wydawała się znajoma, dziwnie znajoma. Nie mogłem sobie przypomnieć tylko skąd to pamiętałem. Może kiedyś to piłem? Kto wie.
Cicho westchnąłem, przykładając naczynie do ust, przechylając je pod odpowiednim kątem, aby wszystko spłynęło do mojego gardła. Przełknąłem gorzkawy napój, uświadamiając sobie, skąd to kojarzyłem przez sam wygląd, ale i przez woń, która drażniła mój narząd węchu.
Typowy alkohol dla wampirów.
Zmarszczyłem brwi, rozglądając się na boki, końcowo patrząc na barmana. Wydawało się, jakby nic strasznego się nie wydarzyło, bo w sumie to żadna tragedia nie była, ale sam fakt, że ktoś wiedział, kim byłem… świadomość społeczeństwa rosła? A może barman sam był jednym z wielu przypadków tych nieludzkich istot.
Oblizałem wargi, zerkając na mężczyznę za barem, kiwając głową na pusty kieliszek, który został na nowo wypełniony tą samą cieczą.
Mógłbym tutaj siedzieć i pić bez końca, zatracając się w swoich myślach na przeróżne tematy, zaczynając od dnia, w którym stałem się wampirem, po dziś dzień, gdy zostałem oblany trunkiem, przytulony i przeproszony. Wszystko wydawało się komiczne, z mojego punktu widzenia. Nie przypominało mi się, aby kiedykolwiek wcześniej coś takiego miało miejsce. Zaczesałem włosy do tyłu, opuszczając głowę na dół. Kim był tamten chłopak? Dlaczego tak postąpił? Nie miałem zielonego pojęcia. Wątpiłem w to, by ponownie go spotkać i zapytać o wszystkie nurtujące mnie pytania.
Wyciągnąłem portfel z kieszeni spodni, kładąc na blat odpowiednią sumę pieniędzy, następnie wstałem z krzesła barowego i opuściłem lokal, nie czekając już na nic więcej.
Nie zwracałem uwagi na ludzi w lokalu, całkowicie o nich zapominając. Moje myśli tak mnie pochłonęły, jak nigdy dotąd, przynajmniej nie w takich miejscach. Obraz nieznajomego, który wylał na mnie alkohol wciąż pozostawał w mojej głowie. Nie mogłem się tego pozbyć, nie rozumiałem tylko dlaczego.
- Gdzie tu teraz pójść… - mruknąłem sam do siebie, rozglądając się po okolicy.
Spojrzałem przed siebie, a następnie w prawo. Mógłbym wrócić już do hotelu, ale nie chciałem. Wolałem zwiedzić nowe miejsce, w którym postanowiłem pozostać na dłuższy czas.
Zeskoczyłem z ostatniego schodka, kierując się przed siebie. Nie wiedziałem dokąd dojdę, jednak byłem przygotowany na zgubienie się w mieście. Tego byłem bardziej niż pewien. Zawsze istniała możliwość zapytania się jakiegoś przechodnia, prawda?
O ile takowy się gdzieś pojawi podczas mojego „zwiedzania”. 

Dorian?

czwartek, 1 lutego 2018

OD Vanity CD Ezry


Przyglądałam się facetowi z lekkim rozbawieniem i nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. W końcu upiłam ostatniego łyka z filiżanki i wyprostowałam się unosząc dumnie głowę.
- Moim zdaniem, moje imię i nazwisko jest wystarczająco magiczne. Nawet nie wiesz jak wiele czarownic i czarowników przed moimi rodzicami posiadało to nazwisko - odparłam lekko mrużąc oczy.
- A to ciekawe - stwierdził - W takim razie jak liczna jest i była twoja rodzina? Od kiedy Maximoff są sabatem czarownic?
- Od zawsze - wzruszyłam ramionami, a gdy Ezra uniósł brwi w oczekiwaniu, aż rozwinę temat dodałam - Nie oczekuj, że opowiem ci o tym coś więcej. Te informacje są ściśle tajne, zresztą nigdy nie uważałam na lekcjach historii mojego ojca.
- Twój ojciec jest nauczycielem? - zapytał zaciekawiony.
- Wydaje mi się, że teraz moja kolej - przerwałam mu i odwróciłam wzrok na kelnerkę, która przerwała naszą rozmowę
Położyła na stoliku rachunek i odeszła z wymalowanym sztucznym uśmieszkiem na twarzy. Spojrzałam z zakłopotaniem na mężczyznę przypominając sobie, że wszystkie moje pieniądze są w biurku w mojej pracowni. Ezra zauważył moje zakłopotanie gdyż uniósł lekko brwi.
- Przecież spłacam swój dług za obraz - przypomniał wykładając pieniądze na blat.
Wzruszyłam ramionami nadal nieco zniesmaczona i podniosłam się z siedzenia. Zabrałam z krzesła swoje rzeczy i ruszyłam za blondynem, który ruszył w stronę wyjścia z kawiarni. Zdążyłam założyć płaszcz zanim chłód ponownie owinął się wokół mnie. Otuliłam się własnymi rękami i zerknęłam kontem oka na wampira tego samego wzrostu co ja. Widocznie siłował się z własnymi myślami, lecz w końcu się ocknął.
- Dokończymy naszą grę gdzie indziej? - zaproponował z lekkim uśmiechem.
- Wszędzie, aby nie tutaj - zaszczękałam zębami i ruszyłam w drogę powrotną do mojej pracowni.
Szybko szurałam nogami po oblodzonym chodniku uważając aby znów się nie wywalić. Mamrotałam coś pod nosem, a gdy nie otrzymywałam odpowiedzi od Ezry przytrzymałam się i spojrzałam za siebie. Blondyn nie ruszył się z miejsca, za to przyglądał się moim czynom. Cicho westchnęłam i wróciłam do niego unosząc głowę aby na niego spojrzeć.
- Coś nie tak? - dopytałam.
- U ciebie już byliśmy, więc teraz zapraszam do siebie - oznajmił wysuwając łokieć w moją stronę.
Niechętnie się do niego przysunęłam i objęłam rękami jego ramię. Czułam się strasznie nie komfortowo, ale gdy poczułam ciepło bijące od faceta automatycznie się do niego przysunęłam. Szliśmy tak chwilę w ciszy, aż przypomniałam sobie o naszej ambitnej zabawie.
- Jak smakuje krew? - zapytała ciekawa i przyznam, że to pytanie męczyło mnie od dłuższego czasu.
Brotzman z początku dziwnie na mnie spojrzał, ale po chwili pokiwał lekko głową i udzielił odpowiedzi:
- Prawie jak dżem truskawkowy - przyznał ze śmiechem.
- Miały być szczere odpowiedzi! - upomniałam go parskając.
- Dobra, dobra - uśmiechnął się i prowadził mnie dalej - Nie da się opisać tego smaku. Jest nieco metaliczny, ale i bardzo przyjemny.
- Nazwałabym się psychopatą, ale sama lepsza nie jestem - przyznałam odsuwając się od Ezry gdy zatrzymaliśmy się pod wysokim budynkiem. 
Nie wyglądał na bardzo zadbany tak, jak mój dom, ale nawet mnie to ucieszyło. Nienawidziłam przebywać we własnym domu gdzie roiło się od kosztowności. Strach jest czegokolwiek dotykać w obawie, że się to zniszczy. Gdy facet otworzył drzwi weszłam powoli do środka kierując się schodami w górę będąc ciekawa, na którym piętrze znajduje się mieszkanie Ezry. 

Ezra?

NOWI "Weź tyle, ile potrzebujesz...


..daj tyle, ile możesz. "


Imię i nazwisko: Lucian Roth
Pseudonim: Nie przepada za swoim imieniem więc zawsze kazał mówić do siebie po nazwisku.
Wiek: 25 lat
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Hetero
Rodzina: Bliscy Luciana zostali w jego mieście rodzinnym i mają się tam dobrze. Wyjazd faceta najbardziej przeżywała jego matka - Elizabeth i młodszy brat - Jack. Z ojcem - Fredem, nigdy nie miał dobrych kontaktów i żeby nie drzeć ze sobą kotów po prostu siebie unikali.
Rasa: Człowiek
Pochodzenie: Wielka Brytania
Status: Jest po ukończeniu studiów z kierunkiem filozoficznym. Do Salem przyjechał aby dowiedzieć się więcej o nadprzyrodzonych istotach. Na utrzymanie zarabia jako kelner w małej restauracji.

Charakter: Lucian to bardzo pozytywnie nastawiony do świata facet. Jest uprzejmy i pomocny, lecz nie jest optymistą. To najczystszy realista, który bez owijania w bawełnę powie ci jak mają się sprawy. Zawsze jest przygotowany na porażkę lub sukces. Nie poddaje się gdy coś mu nie wyjdzie, tylko brnie dalej i robi wszystko aby następnym razem poszło mu lepiej. Jest bardzo cierpliwy jeżeli chodzi o naukę, ale i innych ludzi. Często spotykał się z osobami, do których ciężko było dotrzeć, ale koniec końców Lucian tego dokonywał. Gdy widzi, że ktoś ma problem, ale nie chce pomocy to on nie odpuszcza i na swoje sposoby udziela pomocy. Dobrze potrafi się wtopić w towarzystwo, ale nigdy nie udaje kogoś innego, zawsze jest sobą. Pewną wadą faceta jest to, że ciężko jest mu przyznać się do błędu. Świetnie kłamie i nauczył się już nawet jak nie okazywać zakłopotania gdy wciska komuś nieprawdziwą bajeczkę. Tylko nieliczni umieją rozgryźć to, że gdy Lucian kłamie zawsze posługuje się sarkazmem i głupimi gadkami. To nie tak, że później Rotha nie gryzie własne sumienie. Poczucie winy często mu towarzyszy, ale jest na tyle wytrzymały, że się nie poddaje. Takim sposobem Lucian stał się chodzącą ironią. Mężczyzna jest śmiały i pewny siebie co często doprowadza do różnych konfliktów, a nawet bójek. Potrafi postawić na swoim i trzymać się własnych racji. Najważniejszym w jego życiu jest nauka. Ma bzika na punkcie nauk i cytatów filozofów z kilku epok. Z łatwością ukończył studia filozoficzne, a wcześniej otrzymał kilka nagród i stypendiów. Poza bujną wiedzą jest też bardzo ciekawy świata. Czuje potrzebę odkrywania nieznanego i dowiadywania się rzeczy, których dla jego dobra powinien nie odkryć. Pewnie dlatego też znalazł się w tym miasteczku. Po przeczytaniu o cechach Luciana można wywnioskować, że każda jego cecha jest przeciwieństwem kolejnej. To jaki jest zależy również od jego nastroju i własnych chęci.

Historia: Lucian nie miał idealnego dzieciństwa. Urodził się jako pierwszy, a jego brat przyszedł na świat trzy lata po nim. W przeciągu tych trzech lat Lucian przeżywał w domu prawdziwe piekło. Ojciec wymarzył sobie, że jego syn zostanie wybitnym muzykiem jak reszta rodziny więc nie spodobało mu się gdy jego syn oznajmił iż woli się uczyć i poszerzać wiedzę. Niespełniony Fred Roth znęcał się nad synem i siłą zmuszał go do gry na pianinie. Matka Luciana również bała się męża więc nie reagowała na jego chore wychowywanie potomka. Chłopiec często wymykał się z domu lub przesiadywał dłużej w bibliotece aby tylko nie wracać do domu. Kilka razy próbował nawet przenocować na stacji metra, lecz straż miejska zawsze odwoziła go do domu. Lucian został nawet zapisany na zajęcia muzyczne, ale często się z nich urywał i szlajał się po miejskich bibliotekach. Książki i podręczniki, które wypożyczał musiał chować pod łóżkiem lub w szufladach z ubraniami aby jego ojciec ich nie znalazł. Jedyną osobą jaka go po kryjomu wspierała była jego matka. Ona ustąpiła synowi i chciała pomóc mu spełniać się w tym, w czym sam chciał. Na dobranoc czytała mu książki, które przynosił do domu i odprowadzała go do bibliotek. Gdy urodził się jego brat Jack sytuacja w domu nieco się złagodziła. Ojciec przeniósł swoje zamiary na młodszego syna i odczepił się od Luciana jednak nadal żywił do niego urazę. Bracia dobrze się dogadywali, a Jack mimo, iż był młodszy potrafił bronić brata przed przemocą ze strony Freda. W późniejszych latach Lucian udał się na studia. Jego matka cudem przekonała ojca aby opłacił synowi studia. Po ukończeniu szkoły z najwyższymi średnimi faceta nic już nie trzymało w domu rodzinnym więc zdecydował się wyjechać i poszerzać swoją wiedzę gdzie indziej. Zaciekawiło go miasteczko Salem w Stanach Zjednoczonych więc postawił tam wyjechać i odkryć tajemnicę słabo odwiedzanego miasta.

Aparycja: X X X
Lucian to zdrowy i dobrze zbudowany mężczyzna. W dzieciństwie był wyśmiewany ze względu na jego wzrost i nadwagę. Po kilku latach ćwiczeń schudł i dorobił się niezłych mięśni. Jeżeli chodzi o wzrost to niewiele się zmieniło gdyż mierzy niecałe metr siedemdziesiąt osiem. Lucian posiada bujne, brązowe włosy i oczy w podobnym kolorze. Nigdy nie zapuszczał brody i nadal nie planuje więc regularnie się goli. Przechodząc do ubioru; facet nosi tylko koszule lub luźne bluzki. Na to narzuca jeszcze czasami płaszcz czy marynarkę, ale nigdy nie spotka się go w zwykłym t-shircie czy bluzie dresowej. Z dolną częścią ubioru tak bardzo się nie stara więc stawia na zwykłe jeansy. Mężczyzna ma wadę wzroku więc powinien nosić okulary lub przynajmniej soczewki, ale wydaje mu się, że bez tego da się żyć więc czasami ma problemy z widzeniem.

Zainteresowania: Interesuje się głównie filozofią i nadprzyrodzonymi postaciami. Uwielbia czytać, a czasem nawet zdarza mu się napisać coś własnego. Podczas czytania książek zawsze zaznacza ołówkiem ciekawe cytaty czy zagadnienia. Obecnie w jego mieszkaniu roi się od książek dotyczących legend i opowieści o wampirach, wilkołakach, czarownicach itp.

Ciekawostki:
*Ukończył studia z kierunkiem filozoficznym
*Za pieniądze ojca kupił sobie Jeepa Grand Cherokee
*Jego wada wzroku to +5
*W przyszłości planuje zostać nauczycielem historii
Towarzysz: Jett

Kontakt: natik880

środa, 31 stycznia 2018

Od Matthewa CD Annabell

Spojrzałem na nią zaskoczony. Dziś pewnie ten wyraz twarzy będzie mi towarzyszył na stałe.
-Ludzie zazwyczaj kiedy w końcu opuszczą to miasto, nie wracają, więc nietypowa decyzja. Raczej mało osób chce mieszkać w miejscu, gdzie ludzie znikają, a jeśli się ich znajduje to wygląda to najczęściej tak. Według statystyk mamy najwięcej takich spraw.
-Urok Salem -powiedziała, okrywając się szczelniej kurtką. -Tu mogę wystartować z czystą kartą. Chociaż... Pierwszy dzień mojego pobytu tu i już mam na karcie odnalezienie trzech ciał... Pewnie będę na liście podejrzanych -powiedziała nie pewnie.
-Teoretycznie sprawa jest prosta. Wygląda to na atak zwierzęcia, ale musimy wszystko sprawdzić. Tym bardziej, że zostały zgłoszone zaginięcia całej trójki -powiedziałem przecierając  zmęczone oczy.- Dobra, koniec pogaduszek. Spisujemy zeznanie.
Usiedliśmy w samochodzie, gdzie wysłuchałem opowieści dziewczyny. Jak podczas biegania zabłądziła w lesie. Po paru godzinach natknęła się ślady krwi, które doprowadziły ją aż tu, gdzie znalazła ciała. Jednak coś mi nie pasowało w całej tej historii. Była bardzo nie spójna, na przykład raz mówiła o jakiś hałasie, a za chwilę, że przez cały czas nic nie słyszała. Oczywiście, można było tłumaczyć to szokiem, w końcu nie tak dawno, znalazła trzy martwe ciała. Poza tym nie wyglądała jakby była przygotowana na bieganie w taki mróz, ale jakby opuściła ciepłe mieszkanie nieświadomie. Nie zgadzał mi się również inna rzecz... Tuż przed wezwaniem byłem w okolicy, wraz z leśniczym, z którym szukaliśmy śladów ostatnio nad aktywnego zwierzęcia. Domyślałem się, że raczej nie chodzi o żadnego zwykłego zwierzaka, a raczej o sprawy nad naturalne. Jednkakże skoro szef każe to wykonuje. Gdy szliśmy przez las, nocną ciszę przerwał krzyk, doskonale słyszalny, o którym Annabell nawet nie wspomniała. Przemilczałem jednak moje przemyślenia, widząc ile osób kręci się w pobliżu samochodu, aby nie narobić jej nie potrzebnych problemów. Po zakończeniu procedur, zaproponowałem jej, że ją podwiozę na co przystanęła z chęcią. Ruszyłem w stronę Salem, a w samochodzie ponowała cisza.
-Wiadomo co to za dzieciaki? -Zapytała w końcu patrząc przez szybę.
- Niestety tak -powiedziałem zerkając na nią kątem oka. -Dylan Mortez, Tom Baker i Marry Hudson. Zgłoszenie o zaginięciu pierwszego z nich dostaliśmy trzy dni temu. Matka Marry przyszła dziś rano. Chłopaki od rana będą informować rodziny. A starszą siostrę Toma znasz.
- To młodszy brat Sue? -Zapytała odwracając głowę w moją stronę. -To straszne, co im się przytrafiło. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić co może czuć ich rodzina.
Westchnąłem zerkając na nią.
-Wytłumaczysz mi co właściwie robiłaś w tym przeklętym lesie?
-Mówiłam ci, że nie jest to rozmowa na teraz -powiedziała zerkając na zegarek. -No pięknie dochodzi trzecia, a ja jutro od ósmej zaczynam pracę -Jęknęła.
-Słuchaj, rozumiem że może chodzić o rzeczy prawdopodobnie niezrozumiałe dla zwykłego człowieka, a wiedz, że możesz mi zaufać. A cała sytuacja wygląda dość dziwnie. Nie byłaś pewna co do tego co się wydarzyło. Zmieniłaś zdanie kilka razy... Anna, nie chcę abyś się w coś wpakowała.
-Martwisz się o mnie -zapytała z chytrym uśmiechem.
-Nie o bałagan jak zrobisz, nie odpowiedzialnymi decyzjami. No oczywiście, że się martwię. W końcu chyba dalej się przyjaźnimy -powiedziałem zerkając na nią i uśmiechając się.
Odstawiłem ją pod wskazany przez nią adres i wróciłem do pracy. Reszta nocy minęła mi spokojnie na uzupełnianiu dokumentacji. Po siódmej skończyłem pracę, zabrałem psa, który leżał spokojnie czekając na jakieś ciekawe zadanie i ruszyłem w kierunku mieszkania. Pod blokiem Anny zauważyłem ją kopiącą z frustracją stojący na parkingu samochód. Nie wyglądała najlepiej po zarwanej nocy. Zatrzymałem się i opuściłem szybę.
-Może podwieźć? 

Annabell?

Od Doriana CD Junsu

Dorian nie pamiętał drogi do baru. Można powiedzieć, że upicie się do nieprzytomności i wyjawienie co leży na sercu losowemu mężczyźnie stało się jego codzienną rutyną. Nie wiedzieć czemu chłopak wybierał taką formę swojej terapii. Nie umiał i wręcz nienawidził pić. Pasował do baru jak pięść do nosa. Jego własne myślenie zagłuszała mu głośna i rytmiczna muzyka. Przetrał łzy frustracji. Niewiele brakowało, żeby rozkleił się całkowicie przed wejściem do budynku. Trzęsącą się dłonią otworzył drzwi do lokalu, a do jego nozdrzy dotrał zapach spoconych ciał i licznego alkoholu. Szybkim krokiem dotarł do swojego stałego miejsca przy barze. Kelner popatrzył na niego kątem oka i podał mu szlankę bez jakichkolwiek pytań. Chłopak bywał tu za często, by mężczyzna nie zapamiętał tego, co zamawia codziennie, nie wspominając już o samej twarzy klienta. Gdy naczynie z trzaskiem upadło na zniszczony blat, przełknął nerwowo ślinę. Nie chciał znowu zaczynać swojej pijackiej nocy. Wiedział, że zapomni o wszystkim na chwilę, a jutro rano jedyne co mu po tym zostanie to ból głowy i nudności. Spojrzał na mętny płyn, który falował pod wpływem uderzenia. Chciałby, żeby ktoś oddał mu choć trochę swojego czasu. Chciał być dostrzegany i kochany. Na chwilę pomyślał o tym, jakie to wspaniałe uczucie wiedzieć, że komuś na tobie zależy. Jednak te czasy były już bliskie zapomnieniu. Nawet, gdyby nic szczególnego nie stało się w najbliższym miesiącu, rodzice i tak nie okazywaliby mu nawet najmniejszej troski, nie mówiąc już miłości. Na samą myśl o rodzinnym domu i wspomnieniach, jakie się z nim wiązały, oczy chłopaka wypełniły się gorzkimi łzami. "Pomyśl. Wcale nie musisz się do tego zmuszać. Poszukaj specjalisty. Dla takich wariatów jak ty jest jeszcze miejsce na świecie", pomyślał z bólem Dorian. Jasne było, że gdyby poprosił kogolwiek o pomoc skończyłby z szybkością światła w oddziale zamnkniętym. Przecież on jako jedyny ujrzał zbrodnię, która podobno nie miała prawa mieć miejsca. Otarł łzy z policzka i sięgnął po alkohol. Nie chciał tego robić. Jednym, porządnym haustem opróźnił szklankę. Uderzył nią o blat i nie zdając sobie sprawy, że patrzy na niego prawie cały lokal położył się na zniszczonym drewnie. Pozwolił łzom spływać po jego klatce piersiowej. Słona ciecz tworzyła kanaliki na szyi i twarzy. Nie miał już nawet ochoty na wyżalanie się barmanowi. Gardło bolało go i piekło niemiłosiernie od napoju oraz ciągłego płaczu. Pomimo tego, iż chłopak wręcz dławił się łzami i patrzył na niego prawie każdy siedzący i zamawiający trunki, nikt nie zdawał się przybywać mu na pomoc. Może dlatego, że jego wiernym powiernikiem sekretów był niezmiernie alkohol. Nie był od niego w żaden sposób uzależniony. Każdy łyk i szklanka tej cieczy była wypita wobec jego sumieniu i naturalnej wrażliwości. Nawet tak mała dawka trunku, którego nazwy nie pamiętał, zdołała pozbawić go trzeźwego myślenia. Chłopak miał niemiłosiernie słabą głowę do picia. Całkiem możliwe, że była to kolejna cecha, którą potępiał jego ojciec. Bez jego zgody, kelner zdążył napełnić szklankę, jakby bał się pozostawić ją kiedykolwiek pustą. Dorian pogrzebał chwilę w kieszeni i wyciągnął z niej wystarczającą ilość pieniędzy, by zapłacić za napoje. Złapał do ręki najprawdopodobnie tequilę i ruszył do wyścia. Kobieta, która szła za nim nie zdawała sobie sprawy w jakim stanie psychicznym znajduje się chłopak i co chwilę pomrukiwała ciche oblegi skierowane do niego, by ten pośpieszył się choć trochę w drodze do wyścia. Gdy był już prawie u celu, potknął się o koniec parkietu i wylał cały alkohol na koszulę wchodzącego właśnie mężczyzny. Dorian popatrzył na niego w osłupieniu. Był zdecydowanie Azjatą. Może był Koreańczykiem lub Japończykiem. W tak nikłym świetle nie mógł zbyt wiele zobaczyć. Jego smukła sylwetka i wzrost, choć nie był zbyt wysoki, odznaczała się od wszystkim osób tańczących w tłumie. Mężczyzna nie myślał zbyt trzeźwo. Nie wiedział, czy była to sprawa alkoholu, czy poprostu od dawna chciał to zrobić, a po napoju po prostu nie panował nad wszystkimi swoimi pragnieniami. Niewiele myśląc, nawet nie zastanawiając się, co tak właściwie robi, zbliżył się do ciała Azjaty i objął go mocno. Spodziewał się, że jedyne co z tego otrzyma to mocny policzek lub oblega rzucona w jego strone, ale chłopak nie odrzucił go wcale. Jedyne co poczuł, to zimno jakie towarzyszyło, kiedy zbliżył się do mężczyzny. Nie miał żadnego prawa choćby go dotknąć. Szybko odsunął się od bruneta i spojrzał na niego przpraszającym spojrzeniem.
- J-j-ja bardzo p-przepraszam. - wyjąkał cicho.
Emocje kotłujące się w jego sercu przytłaczały go coraz bardziej. Znów miał ochotę pozwolić łzom swobodnie brukać jego policzki. Wiedział, że jego napady strachu sprawiają, że zachowuje się bardzo różnie i nieprzewidywalnie. Mimo tego nie żałował, że posunął się tak daleko jak na niego z nieznajomym. Wiedział, że musi wyglądać fatalnie. Czego innego spodziewać się po osobie z zaburzeniami psychicznymi? Nie chciał jednak narzucać się losowej osobie. Już i tak obarczał się jednej swoją osobą. Przetarł resztę łez, które wciąż znadowały się na jego policzku.
- Wszystko w porządku. - rzucił krótko chłopak i szybkim krokiem wręcz wybiegł z lokalu zostawiając mężczyznę na środku parkietu w osłupieniu.

Junsu?