wtorek, 30 stycznia 2018

Od Leona do Insomnia

Głupstwem było urządzanie prób jazdy w śniegu. Wystarczyła chwila, by wydarzyła się tragedia, jakiej uczelnia jeszcze nie widziała. Na oczach kilkuset studentów równa kolumna jeźdźców i ich karych rumaków zamieniła się w mitologiczny chaos. Jeden z koni pośliznął się na ośnieżonym podłożu. Próbował się ratować, co spłoszyło pozostałe. Chłopcy nie dali sobie rady z uspokojeniem zwierząt. Kilku z nich przypłaciło to złamaniami czy urazami głowy po upadku z siodła. Jako jeden z nielicznych miałem szczęście, jadąc w pierwszym rzędzie. Inaczej zapewne skończyłbym pod kopytami sporego ogiera. Pokręciłem głową, próbując odgonić obrazy sprzed kilku godzin. Pomagałem rannym, zarówno ludziom, jak i zwierzętom. Dziewczęta z architekta padały jak muchy, nie wytrzymując widoku krwi i krzyków mieszających się z kwileniem koni. Gdy ostatnia karetka zniknęła za bramą, obwieszczono zakończenie zajęć dla osób uczęszczających na kierunki związane z wojskowością. Jedyny plus tego wszystkiego. Tak więc już od dobrych dwudziestu minut maszerowałem główną ulicą, sam do końca nie znając celu, do jakiego podążałem. Do domu wracać nie chciałem, mama natychmiastowo zalałaby mnie falą pytań o wydarzenia z dzisiejszego ranka. Ciężkie buty zastukały o kamienne podłoże, kiedy wszedłem na teren miejskiej biblioteki. Pchnąłem ciężkie drzwi, zanurzając się w półmroku korytarza. Pachniało tu starymi książkami, kurzem i nieco wilgocią, a jednak lubiłem to miejsce. Jedno z nielicznych, które wolne było od zgiełku Salem. Cisza, spokój i porządek. Dodatkowo Smith należał do wyjątkowo miłych osób. Powitał mnie lekkim uśmiechem i kiwnięciem głową, jakoby zezwalając na naruszenie jego terenu. O tej porze budynek nie obfitował w głodnych wiedzy, wręcz świecił pustkami. Co prawda minąłem jakąś starowinkę, wertującą nowe wydanie miejscowej gazety, ale raczej na niej się skończyło. Przynajmniej do momentu, kiedy znalazłem się w dziale poświęconym ziołolecznictwu i jemu podobnym. Jakaś drobna dziewczyna stawała na palcach, usilnie próbując dosięgnąć tom z górnej półki. Podszedłem do niej z cichym westchnieniem. Mamuci wzrost nareszcie na coś się przyda. Zdjąłem opasłe tomiszcze, dziwiąc się jego ciężarowi. Pod tym to niejeden by się załamał. Podałem go jasnowłosej, unosząc kąciki ust w przyjaznym uśmiechu. 
— Żyrafa zawsze do usług.— Zaśmiałem się cicho.

Insomnia? Cóż, poematem tego nie można nazwać ;-;⸥

sobota, 27 stycznia 2018

Od Junsu


Rozejrzałem się po okolicy, w której się znalazłem. Jakim sposobem się tutaj znalazłem? Nie miałem pojęcia. Jednego byłem pewien, zamieszkam tam, gdzie będzie to tylko możliwe. Czego byłem tak naprawdę świadom?
Salem. Miasto, do którego postanowiłem się udać w momencie dowiedzenia się o nim. Czy byłem w pełni przekonany, aby tutaj zamieszkać po raz pierwszy na dłuższy okres czasu? Nie.
Niestety, ale byłem do tego zmuszony. Nie chciałem dalej podróżować w samotności. Nie miałem już ochoty na zwiedzanie każdego państwa, miasta, wsi…
Zamieszkanie gdzieś na stałe, wydawało się to takie odległe, wręcz nierealne, a jednak, stało się. Gdyby nie zdarzyła się śmierć osoby, na której mi zależało, kto wie, może dalej bym podróżował i poznawał nowe zakątki świata? W końcu przed sobą mam jeszcze wiele lat… o ile wcześniej nie spotka mnie to samo, co Kima.
W ustach trzymałem papierosa, przez ramię zawieszoną miałem torbę, w której miałem wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Cicho westchnąłem, wsuwając dłonie do kieszeni spodni, poszukując zapalniczki. Jak na złość nie byłem w stanie jej znaleźć. Dlatego po kilku minutach szamotania się w poszukiwaniu tego małego ustrojstwa, w końcu mi się udało. Zadowolony zapaliłem początek truciciela ludzkich płuc. Niemalże od razu się zaciągnąłem, odchylając głowę do tyłu, aby wypuścić dym, który już po chwili zmieszał się z powietrzem. Stałbym tak jeszcze jakiś czas, ale zostałem przepchnięty na bok przez jakiegoś przechodnia.
- Idiota – stwierdziłem, nie starając się być ani trochę cicho.
Był to człowiek, który mógł mi zrobić tyle, co nic, więc się tym szczególnie nie przejmowałem.
Skąd wiedziałem kim był? Wyczulony zmysł węchu. To naprawdę przydatne w niektórych momentach życia.
Odwróciłem się w przeciwnym kierunku i ruszyłem… przed siebie. Nie wiedziałem, gdzie mógłbym pójść. Nie znałem tego miasta, nigdy w nim nawet nie byłem, jedynie obiło mi się o uszy, że taka miejscowość istnieje, więc skorzystałem i rzuciłem się na głęboką wodę.
Bez ryzyka nie ma życia, przynajmniej tak mówili.
Mijałem wielu przechodniów, nie skupiając jakoś szczególnie swojej uwagi na nich, gdyż w jednej ręce trzymałem telefon, a drugą co jakiś czas wyciągałem papierosa z ust, żeby wypuścić kłęby dymu.
Miałem zamiar włączyć dane sieci komórkowej, ale zapomniałem o drobnym szczególe.
Bateria. Tak też, gdy tylko to uczyniłem, urządzenie się wyłączyło, pozostawiając mnie na pastwę losu. Nie miałem wyboru i musiałem zapytać się chociaż o jakiś hotel w pobliżu.
Schowałem telefon do kieszeni spodni, a następnie poprawiłem torbę na ramieniu, udając się dalej, chcąc zapytać się kogokolwiek o miejsce noclegu.
Jak na złość wszyscy jakby gdzieś poznikali. Czy to złośliwość losu? Sam nie wiedziałem, prawdopodobnie tak, ale nigdy nie wiadomo. Rzuciłem niedopałek papierosa na ziemię, depcząc go i ruszając dalej przed siebie.
Spotkanie jakiejś kobiety z dzieckiem było dla mnie jak wybawienie, więc od razu zacząłem kierować się w jej kierunku, całkowicie zapominając o tym, gdzie już jestem.
Ja się po prostu zgubiłem, ale to teraz nie grało roli.
- Przepraszam! – zawołałem, biegnąc w kierunku nieznajomej, która się zatrzymała, spoglądając na mnie z wyraźnym zmęczeniem na twarzy. – Mogłaby pani mi powiedzieć, gdzie znajduje się najbliższy hotel? – spytałem.
I co było najgorsze?
Wskazanie tego hotelu… do którego ona wchodziła.
Dlaczego ja nie zauważyłem tego szyldu? Czy aż tak byłem zamyślony?
Moja dłoń spotkała się z moją twarzą, z ust uciekło przekleństwo. Nie zwróciłem uwagi na osobę, która mi pomogła.
Skinąłem jedynie głową i wszedłem po schodach, aby znaleźć się po chwili w środku budynku.
Załatwienie sobie pokoju w tym miejscu było o wiele trudniejsze niż się spodziewałem. Najpierw, nie było wolnego miejsca, potem nagle było. Jednakże ostatecznie miałem pokój dla jednej osoby na cztery noce.
I w ciągu tych czterech nocy musiałem znaleźć jakieś mieszkanie.
Zapłaciłem za wynajęcie pokoju i ruszyłem w kierunku windy, aby udać się na trzecie piętro, tak jak powiedziano mi w recepcji.
Pokój 194… ten hotel nie wygląda na aż taki duży, no a jednak, to tylko pozory. Gdy znalazłem się w poszukiwanym pomieszczeniu, odetchnąłem z ulgą, zamykając za sobą drzwi. Rzuciłem się na łóżko, nie zastanawiając się jakoś szczególnie nad odłożeniem torby na podłogę. Najważniejsze było to, że w końcu mogłem odpocząć po tym błądzeniu po mieście.
Aczkolwiek to nie był koniec. Nie miałem zamiaru siedzieć w hotelu, postanowiłem wyjść na miasto, aby poszukać czegoś ciekawego… albo kogoś, cokolwiek.
Dziesięć minut bezczynnego leżenia w końcu pozwoliło mi na odetchnięcie z ulgą. Podniosłem się do siadu, rzucając torbę obok siebie. Otworzyłem ją i zacząłem szukać ładowarki, której w tym momencie bardzo potrzebowałem, a raczej mój telefon. Tak też jak tylko to znalazłem, zmuszony byłem wstać z miękkiego materaca i skierować się do małego biurka, przy którym był kontakt, chyba jedyny na całe pomieszczenie. Lepsze to niż nic, więc narzekać nie mogę.
***
Około godziny dwudziestej drugiej postanowiłem wyjść na miasto, aby poszukać jakiegoś ciekawego miejsca, w którym mógłbym spędzić trochę czasu. Zamknąłem za sobą drzwi, których kluczyć nie musiałem, co było wygodniejsze. Zszedłem na dół, tym razem tradycyjną drogą – po schodach.
Przechodząc koło recepcji, zatrzymałem się, dając klucz na przechowanie.
- Poleca pan jakieś miejsca warte odwiedzenia? – spytałem. – Od razu mówię, że rozchodzi mi się o bary.
- Loft – odpowiedział, i miałem wrażenie, jakby coś błysnęło w jego oku. – Jak wychodzi się z hotelu do głównej drogi, należy skręcić w prawo i iść cały czas prosto, do momentu, aż usłyszy się głośną muzykę i zobaczy napis Loft.
Podziękowałem skinieniem głowy.
Ciekawe, czy naprawdę to jest droga do tego baru, czy powiedział od tak, aby się pozbyć jakiegoś turysty.
Kierowałem się według wskazówek recepcjonisty, aż do moich uszu dotarł głośny dźwięk muzyki, a w oczy rzucił się napis Loft. Automatycznie przyśpieszyłem, zapominając o tym, że poruszam się szybciej niż zwykli cywile.
Może ktoś widział, może nie… ale lepiej, jak nie widzieli. Nie chcę mieć nie przyjemności, gdy ledwo co się pojawiłem w nowym miejscu.
Gdy tylko wszedłem do środka baru… na powitanie zostałem oblany przez kogoś jakimś alkoholem, tym samym na mojej koszulce pojawiła się plama.
- Cholera – warknąłem, spoglądając na osobę, która to zrobiła przypadkiem. Był to mężczyzna, miał coś koło dwudziestu trzech lat, może trochę więcej albo mniej, tuż za nim podążała jakaś dziewczyna. Nie zwróciłbym na dwójkę aż takiej uwagi, gdyby nie zapach krwi i alkohol, który przesiąkł moje górne odzienie.

<Ktoś?>

czwartek, 25 stycznia 2018

NOWI " Książki są lustrem:

...widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie."


Imię i nazwisko: Junsu Lee
Pseudonim: Ludzie różnie się do niego zwracają, jednak zwykle mówią po imieniu, bo trudne do wymowy ono nie jest, tak samo i nazwisko. Oczywiście różne przezwiska się przewinęły, o których on zdołał już zapomnieć, a co inni wymyślą – do tego się przyzwyczai, z czasem, ale jednak.
Wiek: Po ukończeniu sześćsetnych urodzin – przestał już patrzeć na to ile ma lat. Jednakże istnieje jeszcze coś takiego jak dokument z datą urodzenia, który leży gdzieś na dnie papierów. Musi je mieć przy sobie – tak w razie czego. Obcym zazwyczaj mówi, że ma dwadzieścia cztery lata.
Płeć: Mężczyzna.
Orientacja: Homoseksualny.
Rodzina:
• Lee Sora – matka, zniknęła pięćdziesiąt lat temu.
• Lee Jinki – ojciec, tłumacz sądowy, wampir. Chłopak mało wie o tym, co się z nim dzieje.
• Rodzeństwa Junsu nigdy nie poznał.
Rasa: Wampir.
Pochodzenie: Seul, Korea Południowa.
Status: W ciągu dnia jest fotografem, czasami zdarza się, że roznosi ulotki. Wieczorami chodzi do teatru muzycznego, aby pomóc w ustawieniu dekoracji, a także w oświetleniu sceny.

Charakter: Lee wydaje się być kimś, kto jest dość obojętny na wszystko dookoła, jakby brak chęci do wykonywania czegokolwiek, nawet oddychania, co w rzeczywistości aż tak bardzo mu nie jest potrzebne, aczkolwiek pozory muszą pozostawać. Mężczyzna sprawia wrażenie pozornie neutralnego, choć zdarzało się, że inni postrzegali go bardziej jako kogoś „opętanego”, egoistycznego i wrednego, jednakże tak nie jest. Tak uważa Lee.
Junsu tak naprawdę jest dość miły, wie o granicach przyzwoitości, których stara się trzymać jak najbardziej to możliwe. Wyciągnie pomocną dłoń, gdy ktoś będzie miał jakieś problemy. Zwykle stara się udzielić pomocy, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to jest to, co zanika w dzisiejszym społeczeństwie. W końcu urodził się dawno temu i przez te wszystkie lata zauważył zanik tego, co jest potrzebne innym. Nie chodzi tu tylko o sprawy codzienne, prywatne, ale też te drobnostkowe. Przykładem tego jest pomoc przy nauce.
Jest on osobą porywczą. Bardzo szybko podejmuje decyzję o wszystkim. Nie liczy się z konsekwencjami, w końcu nie będą dotyczyć jego osoby, a przynajmniej tak myśli. Zdarza mu się oceniać ludzi z góry, ale to przez przeżycia, których doświadczył podczas swojego życia. Chociaż próbuje coś na to zaradzić, tak zbytnio mu się nie udaje poprzez czerwoną lampkę w swojej głowie. Zdobycie jego zaufania jest dość… trudne? Może przejawiać takie mniemanie, że zaufał, a tak naprawdę to tylko pozory, po których ludzie stwierdzają kim on jest.
Mężczyzna jest osobą dowcipną. Często żartuje ze wszystkiego i wszystkich, ale potrafi się powstrzymać, aby tego nie robić. Zazwyczaj kończy się to jakąś krzywdą, która dzieje się jemu, a nie komuś innemu. Tak. To bardzo rzadkie, tak samo, jak to, że potrafi  stanąć w czyjejś obronie. Jest do takich rzeczy zdolny, ale ile trzeba trudu, aby on to zrobił? Jak dużo trzeba dla niego znaczyć, że jest w stanie poświęcić swoje ciało, a może i wykorzystać moce przeciw jakiemuś osobnikowi, który wyrządza krzywdę innym?
Uwielbia porządek. U niego wszystko musi być idealnie ułożone w równą kosteczkę. Nigdzie nie może być grama kurzu, bo chłopak od razu poleci po swój sprzęt, aby to posprzątać, więc wiadomo, że jest perfekcjonistą. Wszystko dopięte na ostatni guzik, nic nie pominięte. Zawsze tak było. Odkąd ukończył czwarty rok życia, od tego się zaczęło, że często przesiadywał ze swoją rodzicielką. I to od niej się tego nauczył. Nawet zdarzało się, iż poprawiał niektóre rzeczy po swojej mamie, aby było jeszcze lepiej. Jak się za coś zabiera, zawsze musi to wykonać dobrze, bo milion poprawek nie opłaca mu się robić.
Lee także jest marzycielem. Lubi nawet gdybać. Dla niego to przyjemność, gdy siedzi w swoim własnym świecie, gdzie wszystko jest tak, jak tylko on chce. I nikt nie ma prawa zniszczyć tej harmonii.
Nie można zapomnieć o tym, że jeżeli pozna się go bliżej i zacznie się dla niego liczyć jakakolwiek istota (nie liczmy zwierząt, to inna sprawa), to potrafi być wsparciem i opiekunem. Zawsze troszczył się o osoby, które coś wniosły do jego życia. Pomoże, gdy będzie jakiś osobnik chory. Będzie się starał, aby temu komuś było dobrze, a nie ciężko podczas choroby. Staje się wtedy strasznie irytujący. Dlaczego? Chyba nikt nie lubi, jak padają pytania typu:
Wziąłeś leki, które Ci przyniosłem? Lepiej się czujesz?
Potrzebujesz czegoś do picia, albo chcesz herbatę? Jasne, że chcesz! Nie protestuj, bo to Ci nie pomoże!
Przynieść Ci coś do jedzenia? Chociażby jakiś owoc! Ewentualnie warzywo! Pewnie chcesz, prawda?
Arogancja służy mu na każdym kroku. Nawet jeżeli kogoś polubi, zmniejsza się, ale dalej idzie u jego boku bez zamiaru opuszczenia go. Lee już nad tym nie panuje. To weszło mu w nawyk i nawet nie wie kiedy, a staje się cholernie wredny i bezpośredni. Zdanie innych na jego temat? Bądźmy szczerzy. Ma to w poszanowaniu. Tak. Nie przejmuje się tym, co o nim mówią. Wystarczy, że osoby, które go znały, wiedzą jaki jest naprawdę.
Jest wybuchowy i zdarza się, iż podnosi na kogoś rękę, zadając tej osobie naprawdę poważne obrażenia, co związane jest z jego dodatkową siłą poprzez bycie wampirem. Dlatego nie należy wyprowadzać go z równowagi, a jak ktoś to zrobi to nikt nie wie w jaki sposób to wszystko może się skończyć.
Czasami bywa tak, że ktoś nie ma humoru, bo w końcu całe życie szczęśliwym nie trzeba być. Tak też, gdy Junsu traci swoje „szczęśliwe” dni, staje się ponurym, wrednym i złośliwym wampirem. Sprawia przykrość najbliższym, jak i nieznajomym, mówiąc wprost, co o nich sądzi, co za tym idzie? Szczerość do bólu. Stara się powstrzymywać, aby nie mówić aż tak szczerze, bo zwykle ugryzie się w język, ale wtedy… nie ma kontroli nad językiem. Można rzec, że podczas „gorszych” dni mężczyzna zmienia się o całe sto osiemdziesiąt stopni. Wtedy ma niewyparzony język, co stało się podczas pewnego pobytu w rodzinnych stronach ojca.
Kiedy rozmawia z ludźmi, jego głos jest oschły i beznamiętny. Bez grama uczucia w tym co mówi. Jest to u niego normalne. Po co ma mówić do obcych mu osób z uczuciem? Okazywać, że dany temat jest dla niego ważny? To i tak nic nie w niesie. Chyba, że rozmawia z bliskimi, którzy są ważni. Wiadomo, że wtedy będzie do tego podchodził całkiem inaczej.
Co do związków… nie jest mu to teraz potrzebne, przynajmniej tak sądzi. Lee jest cholernie dojrzały i poważny, jak na swój wiek, ale on na razie nie chce wiązać się z nikim na stałe, nawet takiego kogoś jeszcze nie udało mu się spotkać.
Koreańczyk jest dość specyficzną personą, z którą nawet pomimo wielu wspólnych tematów, trzeba naprawdę spędzić jakąś część czasu, aby go w jakiejś części zrozumieć. Jaki bywa na co dzień? Ciężko to stwierdzić. Należy poznać go bliżej, aby móc zobaczyć jaki jest naprawdę.

Historia: Wampir przez wiele lat podróżował po świecie. Zaczynając od swojego rodzinnego kraju, aż po Amerykę, a wszystko rozpoczął, gdy tylko ukończył studia. Wtedy ruszył w świat, postanawiając choć w jakiejś części go poznać. Jednakże to był wielki błąd z jego strony.
Przebywając podczas swojego „wypoczynku” w Chinach, znalazł dorywczą pracę w postaci baristy w jednym ze znanych barów w tamtym państwie. To właśnie w tamtym miejscu mężczyzna został zwabiony… do jednej z kabin, gdzie go przemieniono w wampira. Początkowe próby życia jako nadprzyrodzony było dziwne. Nie wiedział, jak zaspokoić swój głód, nie rozumiał tego, kim był, kim się stał. On niczego nie rozumiał, co skreślało go na straty… aż do poznania osoby, która mu pomogła. Pamięta go do dziś. Był to jego pierwszy życiowy partner, pierwsza szczenięca miłość i jedyny wampir, który chciał mu pomóc, Kim Kibum.
Rzecz jasna sielanka nie trwała długo, gdyż po jakimś czasie bycia razem i wspólnym podróżowaniu… cóż, doszło do tragedii, która wstrząsnęła Lee. Odnalazł go martwego, porzuconego w lesie. Pamiętał doskonale, że mężczyzna wyszedł na spotkanie, z którego nie wracał dwa tygodnie… co było dla niego niemałym zdziwieniem… aż do znalezienia zwłok nadprzyrodzonego. Przyczyną jego śmierci było zamordowanie przez odwiecznego wroga wampirów – wilkołaki. Nie tylko on to stwierdził, ale i Rada Wampirów, którą był zmuszony powiadomić.
Od tamtego czasu stał się wyczulonym na krzywdę innych i chętnym w podaniu pomocnej dłoni w czymkolwiek, czego nauczył go jego ukochany.
Po tym wszystkim dalej podróżował, ale w samotności. Poznał wiele wspaniałych osób, ale i tak nie pozostał przy nich dłużej niż na miesiąc.
Kiedy dowiedział się o tym mieście... postanowił je odnaleźć i osiedlić się, aby w końcu odpocząć i odetchnąć od tego wszystkiego.

Aparycja: Mężczyzna mierzy 182 cm wzrostu, przy czym jego waga wynosi około pięćdziesięciu-pięciu kilogramów, ale to już różnie bywa. Jednakże, posiada nieco umięśniony brzuch przez wykonywane ćwiczenia. Jego ramiona nie są wątłe, ale do tych dobrze wyrobionych także nie należą, aczkolwiek nie ma tam pelikanów, czy tam motylków. Jak kto woli to nazywać.
Może zacznijmy teraz od górnych części, czyli od głowy, na której znajdują się jasno-brązowe włosy z przedziałkiem na samym środku.
 Posiada bladą cerę, która podkreśla jego całokształt. Oczywiście ma brązowe oczy, które momentami wydają się być aż czarne. Co do jego policzków… Nie ma kości policzkowych bardzo widocznych. Niesforny nosek z delikatnym garbem dodaje mu uroku, co mu wcale nie przeszkadza. Niektórzy wtedy uważają, że wygląda bardzo uroczo i nie powinien mieć w nim nawet kolczyka, którego ma w planach od kilku miesięcy. Kiedy nosi koszulki, które nieco odsłaniają jego obojczyki, widać jak bardzo są widoczne, a także dwa charakterystyczne pieprzyki na szyi. Posiada pełne, malinowe usta, które zazwyczaj są delikatnie rozchylone.
 To co teraz? Niższe partie były, ah jeszcze niżej, czyli jego nogi! Można by powiedzieć, że są to dwa, chude, długie patyki, ale od jakiegoś czasu, kiedy zaczął bardziej o siebie dbać, nabrały one w pewnym stopniu „masy”. No i tym samym uda, jak i łydki mają swoje „kształty”, czyli po prostu są o wiele bardziej umięśnione i lepiej to wygląda.
Teraz może trochę o jego „stylu”. Ubiera się tak, jak lubi, ale z głową, a nie dresy i do tego koszula, o to, to nie! Ubierze czasem jeansy, zawsze, a raczej często, dobiera wszystko do siebie „kolorystycznie”, nawet czapki dopasowuje do strojów. Oczywiście uwielbia nosić przepaski na włosach, które nieco je podnoszą, czyli nie są oklapłe jak z rana… Kaptur także ma często założony na głowę, ponieważ to jest dla niego wygodne.
Nie można też zapomnieć o tym, że ma kolczyki w uszach.

Zainteresowania: Lee interesuje się wieloma rzeczami, można by wymieniać tego wiele. Jednak najlepiej zacząć od początku, czyli rysowanie. Od najmłodszych lat był przywiązany do rysowania, przedstawiania wszystkiego w sposób taki, jaki on to widzi. Posiadanie wybujałej wyobraźni mu służy, dzięki temu potrafi ukazać wiele rzeczy, które ciężko byłoby mu opisać słowami.
Kolejnym jego zainteresowaniem jest czytanie książek, których w swoim życiu przeczytał wiele, a większość pamięta do dzisiaj.
Dodać trzeba jeszcze kilka hobby, taniec i łyżwiarstwo. Nie potrafi połączyć tych dwóch rzeczy razem, gdyż od ostatniego wypadku na łyżwach postanowił nie ryzykować przez jakiś czas łączenia tego z tańcem.

Ciekawostki: Junsu to palacz, ale z przyzwyczajenia. Czy można palić z czystego przyzwyczajenia? Oczywiście, że tak. Na zdrowie mu to jakoś szczególnie nie szkodzi. Od czasu do czasu lubi spróbować czegoś innego niż zioło czy amfetamina. Doskonale posługuje się językiem koreańskim, japońskim i angielskim.
Towarzysz: Tymczasowo brak.

Kontakt: wiki i nata [H]

Od Alucer CD Annabell


Chłopak zaparzył herbatę dla kobiety i postawił naczynie przed nią na stole. Sięgnął jeszcze po cukierniczkę oraz łyżeczkę. Usiadł na krześle okrakiem, przodem do oparcia. Wsparł przedramiona na krawędzi i odpalił kolejnego papierosa obserwując z uwagą kobietę.
- Dingo. - odparł w końcu i odruchowo spojrzał na psa, który czujnie warował przy jego nodze. Pogładził go po pysku i poklepał po boku.
- One nie są dzikie przypadkiem? - zapytała dziewczyna, gdy zamieszała cukier w herbacie i uniosła kubek do ust, upiła łyk krzywiąc się, gdy zbyt gorący napar poparzył ją w wargę.
- Oczywiście. - przytaknął i nie powiedział na ten temat nic więcej. Wyciągnął w stronę kobiety paczkę papierosów, lecz odmówiła grzecznie kręcąc głową. Wzruszył ramionami, rzucił ją na blat zaciągając się papierosem w ustach.
- To czym ostatecznie jesteś? - rzucił w końcu w stronę kobiety. Doskonale wyczuwał, że do normalnych ludzi nie należała. Zaciągnął powietrze nozdrzami, płatki nosa zadrżały. - Wilkołaka i wampira możemy wykluczyć. Strzyga? Czarownica? Może jakiś demon?
Annabell siedziała milcząc patrząc na blat stołu, bawiła się swoimi palcami zastanawiając się nad odpowiedzią. Alucer cierpliwie czekał paląc w spokoju papierosa. Wwiercał w nią ciemne spojrzenie stukając palcami o drewno stołu.
- Banshee. - odparła w końcu unosząc nieśmiało spojrzenie na mężczyznę. Nie wydawał się mocno zdziwiony, co najmniej w jego oczach zapłonęła iskierka zaciekawienia.
- A więc banshee.. - odpowiedział gasząc papierosa, zgniotła go brutalnie w popielniczce. - To Twój krzyk słyszałem w takim razie. To wiele wyjaśnia.
Kobieta najwidoczniej nie miała nic do powiedzenia na ten temat. Wpatrywała się w niego trzymając kubek w obu dłoniach.
- A Ty kim jesteś? - usłyszał pytanie, którego mógł się spodziewać. Odchylił się lekko, sięgnął po szklankę z kawą. Upił łyk wprowadzając moment grozy.
- Łowcą. - powiedział jednak widząc spojrzenie kobiety westchnął. - I wilkołakiem.
Anna wydawała się nieco skonsternowana usłyszawszy informację, lecz pokiwała głową na znak zrozumienia. Musiała czuć się mocno nieswojo zważywszy, że przez jego gatunek stała się tym kim jest teraz. Alucer nie przejął się jednak. Ona teraz stanowiła furtkę do odnalezienia wampira. Nareszcie będzie mógł zapolować, od tak długiego czasu nie miał okazji zabić żadnego wampira. Kobieta szybko rozwiała jego rozmyślenia jednym pytaniem, które zadźwięczało mu w umyślę i osiadło jak kotwica na mieliźnie.
- Jesteś żonaty? - pokazała palcem na obrączkę na palcu, której nigdy nie ściągał. Zacisnął dłonie w pięść i poderwał się z krzesła niemal je wywracając. Sydney pisnął i wycofał podkulając ogon pod siebie.
- Nie interesuj się. - warknął może zbyt ostro. Odwrócił wzrok, na jego twarzy malowało się napięcie, gdy zacisnął mocno szczęki. - Powiedz mi lepiej co widziałaś tamtej nocy, muszę znać informacje odnośnie tego wampira. - spojrzał na nią.
Kobieta mogła dostrzec, że na moment czarne oczy zalśniły wściekłą żółcią.

Annabell?

Od Annabell cd Alucera


Udało wyrwać mi się z objęć Morfeusza i unieść straszliwie ciężkie powieki do góry. Nie wiedziałam co się dzieje, ale tępy ból głowy wskazywał na mocne uderzenie. Powoli wracały wydarzenia... ostatniej nocy. Przynajmniej mam taką nadzieję, że zdarzyło się to ostatniej nocy, gdyż nie mam pojęcia jak długo spałam. Usiadłam na łóżku rozglądając się po pomieszczeniu. W pomieszczeniu panowały kolory, które ocieplały pomieszczenie. Przez okno do pomieszczenia zaczęły wpadać ciepłe promienie zimowego słońca, odbijające się od białego śniegu, przez co zdawały się jeszcze jaśniejsze. Podrapałam się po głowie, próbując uporządkować co się wydarzyło tej nocy. No tak. Moce banshee... Znowu... Ocknęłam się w parku, widząc wampira, który atakował jakieś dziecko. Pierwszy raz użyłam krzyku banshee, o którym opowiadała mi Alma. Odtrąciłam nim przerażoną dziewczynkę, przez co upadłam i uderzyłam głową o ziemię. Dziecko uciekło, zapewne do domu po drodze zabierając rower. Wtedy istota rzuciła się na mnie...Ostatnie co pamiętam to... Warkot? Może był to jakiś pies? Albo.... Wilkołak. Dobra, czas ogarnąć co się tu właściwie dzieje. Na porwanie przez kosmitów, raczej mi to nie wygląda, chociaż kto go tam wie. Istnieją wampiry, banshee, wilkołaki, to dlaczego nie kosmici. Podniosłam się z wygodnego łóżka, w celu nalezienia właściciela tego domu. Mój wzrok zatrzymał się na chwilę na figurce stojącej na biurku. Przestań dziewczyno, jakby chciał ci zaszkodzić to zostawiłby cię w tym przeklętym parku. Wzięłam głęboki wdech i nacisnęłam klamkę od drzwi sypialni. Ruszyłam korytarzem w stronę odgłosów z kuchni. Byłam jakieś dziesięć metrów od wejścia do pomieszczenia, gdy za rogu wychylił się rdzawy pies. Nie przypominał mi zwykłego domowego zwierzaka. Odwrócił głowę w moją stronę i zaczął warczeć, alarmując swojego właściciela. Stanęłam ze spokojem obserwując zachowanie psa. W końcu z kuchni wychylił się przystojny mężczyzna, wycierający ręce w ręcznik.
-Sydney, spokój! -Powiedział do psa, a ten natychmiastowo się uspokoił.
Podszedł grzecznie do właściciela, jednak wciąż uważnie mnie obserwował. Chłopak odłożył ręcznik i zgasił papierosa w popielniczce. Wydawało mi się, że jest nie wiele starszy ode mnie. Złożył ręce na piersi i oparł się o futrynę drzwi.
-Śpiąca królewna się obudziła. Dobrze się spało? -Zapytał bez grama uśmiechu.
-Nie narzekam. Chociaż dziwnie jest się ocknąć w nieznanym miejscu, po ataku wampira.
-Coś go przegoniło -powiedział podnosząc kubek z pobliskiego blatu i upił łyk płynu z naczynia. -Chcesz coś do picia? -Zapytał w końcu, mierząc mnie wzrokiem.
-Tak, poproszę herbatę, jeśli to nie problem-powiedziałam uśmiechając się delikatnie.
Weszłam za mężczyzną do kuchni. Wstawił wodę w czajniku i odpalił starą kuchenkę. Pies plątał się pod nogami właściciela. Panowała lekko niezręczna cisza, która biorąc pod uwagę całą sytuację była jak najbardziej zrozumiała. Znajduję się w domu nieznanego mężczyzny, który najnormalniej w świecie parzył mi herbatę. Cała ,,scenka" wyglądała dość komicznie, nawet nie wiedziałam jak on się nazywa.
-Tak w ogóle to jestem Annabell. Jak ta lalka z horroru, ale spokojnie nie morduję nikogo po nocach-powiedziałam próbując lekko rozładować atmosferę, co wyszło dość żałośnie. -A mój wybawca ma jakieś mię?
-Jestem Alucer -powiedział wyciągając kubek z szafki.
Uśmiechnęłam się pochylając głowę i patrząc w podłogę. W końcu uniosłam ją powoli mówiąc:

-Dziękuję -odwrócił się do mnie marszcząc brwi. -Że mnie tam nie zostawiłeś-dodałam szybko uśmiechając się szeroko.- Większość ludzi po prostu by mnie zostawili tam, na pastwę losu. Jednak ty mi pomogłeś, za co jestem ci bardzo wdzięczna -powiedziałam bawiąc się palcami.
-Nie powinnaś chodzić po nocy -powiedział jedynie podając mi kubek. 
-Tak trochę nie zależało to ode mnie. Znalazłam tam się przypadkiem. Mam nadzieję, że wciąż jestem w Salem-powiedziałam, a chłopak kiwnął twierdząco głową, patrząc na mnie jak na wariatkę. -Tak, wiem dziwnie to zabrzmiało, ale zdarza mi się odejść trochę za miasto-odparłam, a mój wzrok skierował się na psa. -Co to za rasa? -Zapytałam zmieniając szybko temat.

Alucer?